Stambuł, dzielnica Sultanahmet

Stambuł, zabytki starego miasta

Poza śladami Wspaniałego Stulecia, Stambuł pełen jest zabytków i atrakcji, na których zobaczenie warto poświęcić kilka dni. Ten wpis przybliża najciekawsze miejsca dzielnicy Sultanahmet, uważanej za stare miasto Stambułu, jego historyczne centrum. Sultanahmet stanowi część dystryktu Fatih, leżącego po europejskiej stronie metropolii.

Hipodrom

Hipodrom, który stał w miejscu obecnego Placu Sułtana Ahmeda, był torem wyścigowym dla koni i rydwanów. Jego pierwotny gmach został zbudowany przez rzymskiego cesarza Septymiusza Sewera w roku 203 n.e. i przebudowany przez Konstantyna Wielkiego w IV w. n.e., gdy ten wybrał Bizancjum na swoją nową stolicę. Ozdobiono go wtedy dziełami zwiezionymi z różnych stron Imperium Rzymskiego. Mimo, że z budynku nie pozostało prawie nic, wiadomo, że miał 480 m długości, 117 m szerokości i mógł pomieścić aż 100 tysięcy widzów. W czasach bizantyjskich Hagia Sophia była centrum religijnym, pałac należał do władcy, a hipodrom był przeznaczony dla ludu. Tor został zniszczony przez Krzyżowców w 1204 r. Biały kamień z hipodromu wykorzystano do budowy Błękitnego Meczetu. Plac przemianowano na At Meydanı, Plac Koni, ponieważ Osmanie wykorzystywali go do szkolenia wierzchowców. Z budynku hipodromu zachował się Egipski Obelisk, Wężowa Kolumna i Kolumna Konstantyna.

Egipski Obelisk i Kolumna Konstantyna

Egipski Obelisk (Obelisk Teodozjusza) był jednym z dwóch wzniesionych w XV w. p.n.e. przed świątynią w Karnaku. Pierwotnie był prawdopodobnie o 1/3 większy, lecz albo uległ zniszczeniu podczas przewozu albo celowo go do transportu skrócono.

W przeciwieństwie do Egipskiego Obelisku, Kolumna Konstantyna nie jest monolitem, lecz składa się z wielu części. Nie wiadomo kto i kiedy ją zbudował. Mierzy 32 m i prawdopodobnie pochodzi z IV w. W X w. ozdobiono ją płytami z brązu, które później Krzyżowcy wywieźli do Wenecji, razem z czwórką koni ciągnących kwadrygę. Ta rzeźba, pochodząca z Chios, zdobiła na hipodromie dach loży cesarskiej. Obecnie mieści się w Museo Marciano, a jej kopia na fasadzie Bazyliki św. Marka.

Kolumna została sprowadzona przez Konstantyna ze Świątyni Apolla w Delfach (Grecja). Została ufundowana przez greckie miasta po zwycięskich bitwach nad Persami pod Salaminą i Platejami w V w. p.n.e. i przedstawia trzy spiralnie splecione węże. Mierzyła pierwotnie 8 m, obecnie 5,30. Jedna z głów węży zaginęła, pozostałe znajdują się w Muzeum Archeologicznym w Stambule i w British Museum w Londynie.

Fontanna Wilhelma II

Na północnym skraju placu stoi fontanna cesarza Wilhelma II (Niemiecka Fontanna), wykonana po jego wizycie w Stambule jako dar dla dynastii Osmanów.

Bazylika Cystern

Najbardziej niesamowitym miejscem w Stambule jest dla mnie Bazylika Cystern. Niepozorne wejście z kasą biletową łatwo przegapić. Ale po wejściu trafiamy do zupełnie innego świata, ogromnej podziemnej sali służącej w przeszłości do magazynowania wody.

Stambuł był jednym z najczęściej obleganych miast w Europie i zawsze potrzebował ogromnych zapasów wody. Z tego powodu w czasach Bizancjum zbudowano w mieście wiele podziemnych cystern, do których dostarczano wodę akweduktami. Pozostałości wielkiego akweduktu, zbudowanego w 375 r. n.e. można zobaczyć nad Bulwarem Ataturka niedaleko Meczetu Księcia (Şehzade Camii). 

Ponieważ Turcy zawsze preferowali bieżącą wodę, po przejęciu miasta od Bizantyjczyków przestali używać cystern zgodnie z przeznaczeniem. Większość z nich przekształcili w bazary i magazyny. Największą i najbardziej zdobioną cysterną jest Pałac Yerebatan, nazywany Bazyliką Cystern. Zbudował go prawdopodobnie cesarz Justynian po roku 542. Cysterna ma 70 m szerokości i 140 m długości, a jej sufit wsparto na 336 kolumnach z wcześniejszych świątyń, z których większość jest w stylu korynckim. Woda w cysternie pochodzi z deszczówki, dlatego jej poziom się zmienia.

W latach 80-tych XX w. budowla została odnowiona, a między kolumnami zbudowano drewniane pomosty, zamontowano oświetlenie i dodano oprawę muzyczną. 

Na końcu cysterny znajdują się dwie podstawy kolumn z głowami meduzy. Według jednej z legend Meduza jest jedną z trzech Gorgon, kobiecych potworów podziemnego świata w mitologii greckiej. Mówi się, że jej głowa ma moc przemieniać w kamień, więc aby temu zapobiec, jedna z głów w cysternie leży na boku, druga do góry nogami.

Hagia Irene

Bizantyjski kościół pw. Pokoju Bożego, zbudowany w VI w., stoi na terenie pierwszego dziedzińca pałacu Topkapı, w miejscu pierwszej katedry Konstantynopola. Po zajęciu miasta przez Turków świątynię przekształcono w arsenał i przyłączono do kompleksu pałacowego. Obecnie pełni funkcję sali koncertowej. Co wyjątkowe w Stambule, budowli nigdy nie zmieniono w meczet.

Muzeum archeologiczne

W zbiorach mieszczącego się między pałacem Topkapı a parkiem Gülhane muzeum znajduje się ponad milion eksponatów ze wszystkich epok i zakątków świata, w tym głowa z Wężowej Kolumny z Hipodromu.

Park Gülhane

Historyczny park miejski jest najstarszym parkiem Stambułu. Dawniej stanowił część zewnętrznego ogrodu pałacu Topkapı. W 1912 r. otwarto go dla mieszkańców miasta. Mieściły się w nim kawiarnie, place zabaw, później stworzono tam też małe zoo. W ostatnich latach park unowocześniono, zlikwidowano ogród zoologiczny i miejsca pikników. Co roku wiosną park jest pełen kwitnących tulipanów, narodowych kwiatów Turcji.

Stacja Orient Expressu

W pobliżu parku Gülhane mieści się stacja kolejowa Sirkeci, która była ostatnim przystankiem na trasie Orient Expressu. Zbudowana w 1890 r. według projektu architekta pruskiego, jest jednym z przykładów europejskiego orientalizmu. Budynek zachował oryginalny kształt, ale nie ma w nim pamiątek związanych z kultowym pociągiem.

Wielki Bazar

Jest jednym z największych krytych targowisk na świecie, z 61 ulicami i ponad 4000 sklepikami zajmuje powierzchnię 30 hektarów. Powstał krótko po zdobyciu Konstantynopola przez Turków, najpierw jako centrum handlu tekstyliami i biżuterią. Swój obecny kształt osiągnął w XVII w. W wyniku zniszczeń, spowodowanych trzęsieniami ziemi i pożarami, jego obszar zmniejszono, a niektóre fragmenty zburzono. Warto tam zajrzeć i pospacerować, chociaż sprzedawcy są natrętni w stosunku do obcokrajowców. 

Bazar Egipski

Znacznie przyjemniejszy do odwiedzenia jest Bazar Egipski, nazywany Bazarem Przypraw. Kupcy nie wołają za przechodzącymi w kilku językach i nie starają się na siłę nawiązać kontaktu. Można spokojnie spacerować (chociaż w tłumie) i oglądać towary. Został zbudowany w 1664 r. jako część kompleksu Nowego Meczetu (Yeni Cami) w pobliżu Mostu Galata. W czasach osmańskich sprzedawano tam tylko przyprawy, obecnie również suszone owoce, rękodzieło, biżuterię itp.

Nowy Meczet (Yeni Cami)

Budowę pierwszej świątyni zleciła tu sułtanka Safiye, babka Ahmeda I. Projekt nie został ukończony, popadł w ruinę i dodatkowo ucierpiał w trakcie Wielkiego Pożaru Stambułu w 1660 r. Kilka miesięcy później na zlecenie sułtanki Turhan, rozpoczęto w tym miejscu prace nad świątynią, którą po ukończeniu nazwano Yeni Valide Sultan Camii. Z czasem nazwę skrócono.

Kolumna Konstantyna

Przy ulicy wiodącej od Hipodromu na zachód stoi Kolumna Konstantyna, zbudowana przez cesarza w 330 r. n.e. Była ona centralnym punktem znajdującego się tu Forum Konstantyna, głównego placu Konstantynopola. Miała wysokość 50 m, a na jej szczycie znajdował się posąg cesarza jako boga Apolla. Do czasów dzisiejszych przetrwało 37 m zabezpieczonych metalowymi obręczami.

Uniwersytet Stambulski

Uniwersytet Stambulski jest największą i najbardziej prestiżową uczelnią w kraju. Ma pięć kampusów, główny stoi przy placu Bajazyda, gdzie w czasach Sulejmana Wspaniałego stał Stary Pałac

Meczet Bajazyda

Obok uniwersytetu znajduje się Meczet Bajazyda, najstarszy sułtański meczet w mieście, zbudowany w 1506 r. na polecenie Bajazyda II. Za każdym razem, kiedy próbowałam ją odwiedzić, świątynia była w renowacji.

Przy pobliskiej głównej ulicy można zobaczyć fragmenty romańskich i bizantyjskich kolumn.

Meczet Fatih

Już poza Sultanahmet stoi meczet Fatih. Ta wielka świątynia położona na jednym z siedmiu wzgórz Stambułu jest pierwszym meczetem zbudowanym po zdobyciu Konstantynopola przez Turków. Do jego budowy użyto materiałów ze stojącego tu wcześniej bizantyjskiego kościoła Świętych Apostołów. Budynek został zniszczony podczas trzęsienia ziemi w XVIII w. i odbudowany w stylu barokowym. Ogród przed meczetem jest ulubionym miejscem spotkań mieszkańców.

W kolejnej części przeczytacie o dzielnicy Taksim i o azjatyckiej części Stambułu.

Stambuł Wspaniałe Stulecie: brama pałacu Topkapi

Stambuł śladami Wspaniałego Stulecia

Serial „Wspaniałe Stulecie”, który święcił triumfy w Polsce kilka lat temu, wywołał moją fascynację Stambułem. Ślady rodu Osmanów, Sulejmana Wspaniałego i jego potomków, których historię pokazano w serialu, przetrwały do dziś. Część z nich to największe zabytki miasta, do innych dociera niewielu turystów.

Większość miejsc związanych ze „Wspaniałym Stuleciem” można znaleźć w dzielnicy Sultanahmet, historycznym centrum miasta, kilka stoi nad Bosforem, a te najrzadziej odwiedzane są poza turystycznym centrum i w rejonie murów miejskich.

Stary Pałac

Pierwszy pałac zbudowany po podboju Konstantynopola przez Turków stał na terenie obecnego kampusu uniwersytetu w dzielnicy Beyazıt. Powstał w latach 1454-57. Po zbudowaniu pałacu Topkapı (lata 1465-78) był nazywany Starym Pałacem. Po przeprowadzce sułtana do Topkapı Stary Pałac stał się siedzibą matki poprzedniego sułtana, jego kobiet i sióstr. Za czasów Sulejmana I budowla spłonęła i w trakcie odbudowy została kompletnie zmieniona. Władca kazał zbudować 3 bramy do pałacu oraz dodatkowe zewnętrzne pałace dla swoich wezyrów, a część terenu przeznaczył na fragment kompleksu Meczetu Sulejmana. W 1617 r. pałac ponownie strawił ogień. Odbudowane budynki zostały zburzone w XIX w., a na ich miejscu postawiono gmach Ministerstwa Obrony, który później przekazano uniwersytetowi stambulskiemu.

Pałac Topkapı

Najważniejsze miejsce serialu, Pałac Topkapı, aż do XIX w. nosił nazwę Nowego Pałacu. Mimo, że jego budowa została ukończona w 1478 r., to kolejni sułtani dobudowywali jego fragmenty. Głównie z powodów praktycznych, ale też aby uświetnić zwycięskie kampanie lub naprawić zniszczenia spowodowane trzęsieniami ziemi i pożarami.

Topkapı był pałacem-miastem obejmującym 70 hektarów i zamieszkiwanym przez 4 tysiące osób. Przez prawie 400 lat służył za dom dla w sumie 25 sułtanów. W 1924 r. został przekształcony w muzeum.

Zwiedzanie

Kompleks składa się z części zewnętrznej, z dwoma dziedzińcami i z wewnętrznego pałacu, z dwoma kolejnymi dziedzińcami i haremem. Całość otoczona jest wysokim murem. Przez bramę wchodzi się na duży otwarty teren. Z boku po lewej stronie stoi bizantyjska świątynia Hagia Irene, a parkowa aleja prowadzi do drugiej bramy. Przed nią, po prawej stronie są kasy biletowe. Ta część kompleksu to pierwszy dziedziniec. Był on otwarty dla ludu i mieścił m.in. szpital, piekarnię i arsenał.

W pierwszej serii „Wspaniałego Stulecia” pokazywano bramę pałacu, która mi przypominała dekorację filmową, coś, co nie może być prawdziwe. Okazało się, że brama faktycznie istnieje i przechodzi się przez nią na drugi dziedziniec.

Przy drugim dziedzińcu obradował Dywan, czyli rada doradcza sułtana, na czele z wielkim wezyrem. Ten dziedziniec stanowił centrum administracji. Posiedzenia Dywanu odbywały się w sali z zakratowanym oknem wysoko na ścianie, za którym zasiadał sułtan, aby przysłuchiwać się obradom. 

Wokół drugiego dziedzińca mieściły się też kuchnie i stajnie. W kuchniach znajduje się obecnie jedna z najcenniejszych na świecie wystaw chińskiej porcelany oraz oryginalne naczynia kuchenne z czasów osmańskich. W kolekcji można znaleźć też polski akcent.

Dziedziniec przed trzecią bramą był miejscem, gdzie z okazji różnych ceremonii ustawiano tron sułtana. Za tą bramą mieścił się wewnętrzny pałac. Przy trzecim dziedzińcu znajdowała się sala audiencyjna. W znajdujących się tu budynkach mieści się biblioteka Ahmeda III, wystawa szat oraz kosztowności, a także relikwie Jana Chrzciciela i Mahometa.

Oddzielną część wewnętrznego pałacu zajmuje harem, na który składało się kilkaset pomieszczeń. To tam mieszkały służące, nałożnice i matki dzieci sułtana, a nad wszystkim sprawowała rządy Valide Sultan. Z tarasów wewnętrznego pałacu rozpościera się wspaniały widok na miasto i cieśninę Bosfor.

Obejście ogromnego pałacu wraz z haremem zajmuje co najmniej 3-4 godziny.

Hammam Hürrem

Hammam Hürrem został zaprojektowany przez architekta Sinana na prośbę sułtanki Hürrem. Zbudowano go w miejscu antycznych łaźni Zeuxippusa z I-II w. n.e., pomiędzy świątynią Hagia Sophia a wzniesionym później Błękitnym Meczetem. Ekskluzywne łaźnie działają do dzisiaj.

Hagia Sophia

Ta jedna z największych świątyń na świecie i najbardziej znany zabytek Stambułu, przewija się w serialu „Wspaniałe stulecie”. Pierwszą bazylikę, z drewnianym dachem, zbudowaną w tym miejscu w 390 r. n.e., 14 lat później strawił ogień. Kolejna świątynia podzieliła los pierwszej w 532 r. Trzecią, istniejącą do teraz, otwarto w 537 r. Hagia Sophia, Kościół Mądrości Bożej, była świątynią chrześcijańską do 1453 r., kiedy po zdobyciu Konstantynopola, sułtan Mehmet przekształcił ją w meczet. Była wielokrotnie przebudowywana i odnawiana, także przez architekta Sinana, w czasie rządów Sulejmana. Prezentem od tego sułtana dla świątyni były brązowe lampy po obu stronach mirhabu (niszy wskazującej kierunek Mekki). W 1934 r. dekretem Mustafy Kemala Ataturka meczet przekształcono w muzeum. W lipcu 2020 r. turecki sąd administracyjny unieważnił ten dekret. Mimo protestów napływających z całego świata, prezydent Erdoğan podjął decyzję o ponownym przekształceniu budowli w meczet.

Plusem przekształcenia muzeum w świątynię jest fakt, że obecnie wstęp do budynku jest wolny (bilet do muzeum kosztował ok. 100 tl). Tak jak inne meczety, jest otwarty dla zwiedzających codziennie od 9 do 17, z wyłączeniem godzin modlitw, które są płynne i piątków, gdy meczety można zwiedzać dopiero od 14:30.

Grobowce sułtanów

W bocznej ścianie muru otaczającego świątynię Hagia Sophia znajduje się wejście do jednego z najważniejszych miejsc związanych ze „Wspaniałym stuleciem”: grobowców sułtanów. Na niewielkim placu pobudowano wiele małych budynków, wyglądem przypominających meczety. To w nich spoczywają rodziny władców. Grobowiec Selima II był pierwszym zbudowanym w tym miejscu. Został zaprojektowany przez architekta Sinana na planie ośmiokąta i ozdobiony kafelkami z Izniku. Poza nim znajdują się tam grobowce Murada III, Mehmeda III, Mustafy I i Ibrahima I. Obok władców spoczywają ich żony, jak Nurbanu, i dzieci, czasami kilkanaście.Latem skansen ożywa, organizowane są wystawy czasowe, a w budynkach i zagrodach spotkać można rzemieślników i zwierzęta.

Wejście na teren grobowców jest darmowe, ale trzeba przejść przez punkt kontroli bezpieczeństwa. Przed wejściem do każdego z grobowców trzeba zdejmować obuwie.

Błękitny Meczet

Meczet Sułtana Ahmeda nazywany jest Błękitnym od koloru płytek zdobiących jego wnętrze. 19-letni sułtan rozpoczął budowę meczetu w 1609 r. Budowla miała przyćmić zarówno Hagia Sophię jak i meczet Sulejmana Wspaniałego. Architektem kompleksu był Mehmet Ağa, jeden z uczniów najbardziej znanego twórcy, Sinana. Budowę ukończono w 1616 r. Na terenie, oprócz meczetu, zbudowano grobowce, medresy, fontanny, szpital, kuchnię dla ubogich, sklepy, łaźnię, zajazd i magazyny. 

Wewnętrzne ściany ogromnego meczetu ozdabia 21 tysięcy płytek z motywami kwiatowymi z manufaktur z Izniku. Wnętrze oświetla 260 okien i wielkie okrągłe żyrandole. Posadzki wyścielone są miękkimi czerwonymi dywanami. Do meczetu można bez przeszkód wejść, a część przeznaczona na modlitwę jest oddzielona od części dla zwiedzających. Świątynia ma 6 minaretów – 4 wokół głównego budynku i 2 na rogach dziedzińca.

Na terenie kompleksu, od strony Hagia Sophia znajduje się grobowiec sułtana Ahmeda. Za każdym razem, kiedy chciałam go odwiedzić, był zamknięty z powodu renowacji.

Pałac Ibrahima Paszy

Z meczetu Sułtana Ahmeda wychodzi się na ogromny plac noszący jego imię. W starożytności znajdował się tu hipodrom. Przy placu, naprzeciwko meczetu, stoi pałac Ibrahima Paszy, wielkiego wezyra i przyjaciela sułtana Sulejmana. Obecnie mieści się w nim Muzeum Sztuki Tureckiej i Islamskiej. Z czasów Ibrahima nic się nie zachowało i moim zdaniem muzeum nie jest warte zwiedzania.

Meczet Sulejmana Wspaniałego

Budowla, bardziej niż meczetem, jest dla Turków ważnym symbolem historycznym. Tak jak inne meczety z czasów osmańskich, składa się z kompleksu budynków, w których mieściła się szkoła teologii, hammam, zajazd dla podróżnych, uczelnia medyczna i kuchnia.

Meczet projektu największego z osmańskich architektów, Sianana, powstawał w latach 1550-57. Jego fundament składa się z wypełnionych wodą cystern, dzięki którym świątynia jest odporna na trzęsienia ziemi. Kompleks zdobią 4 minarety.

Cechą wyróżniającą Meczet Sulejmana była wspaniała akustyka, którą Sinan osiągnął przez umieszczenie w ścianach i w podłodze 64 dzbanów. Niestety została ona zniszczona przez użycie nieodpowiednich materiałów podczas ostatniej renowacji na początku XXI w.

W ogrodzie przy świątyni stoją dwa mauzolea. Większe jest miejscem spoczynku Sulejmana Wspaniałego i jego córki Mihrimah. W mniejszym pochowano żonę Sulejmana – sułtankę Hürrem.

Z terenu za mauzoleum roztacza się widok na Bosfor i dzielnicę Beyoğlu z wieżą Galata.

 

Grób Mimara Sinana

W uliczce przylegającej do muru meczetu Sulejmana mieści się grób Mimara Sinana. Był on głównym architektem za czasów Sulejmana I, Selima II i Murata III. Poza architekturą zajmował się inżynierią i planowaniem przestrzennym. Stworzył 447 obiektów: meczety, mauzolea, pałace, szpitale, akwedukty i mosty, a żadnego ze swoich dzieł nie powtórzył.

Meczet Księcia Mehmeta

Kilometr na zachód od Meczetu Sulejmana stoi Meczet Księcia (Şehzade Çamii). To świątynia zbudowana na cześć księcia Mehmeta, ukochanego syna sułtana Sulejmana i jego żony Hürrem, który zmarł w 1543 r.

W ogrodzie znajduje się jego grobowiec, zbudowany przez Sinana jeszcze zanim powstał meczet. Gdy byłam tam ostatnim razem, miał powybijane witraże z powodu wybuchu, do którego doszło na przyległej ulicy i nie można było do niego wejść. Przed zamachem był dostępny dla zwiedzających. Grobowiec Mehmeta jest największym z pięciu, które pobudowano przy meczecie. Nad trumną księcia znajduje się drewniany tron władcy, symbolizujący status Mehmeta jako następcy tronu. Obok księcia pochowano jego córkę Hümaşah oraz najmłodszego brata, Cihangira.

W drugim z grobowców spoczywa wielki wezyr Rüstem Pasza, mąż sułtanki Mihrimah. To mauzoleum, podobnie jak meczet jego imienia, zdobią kafelki z Izniku.

Meczet Rüstema Paszy

Meczet Rüstema Paszy został zbudowany przez Sinana w latach 1561-62 dla zięcia Sulejmana, męża Mihrimah. Posiada jeden minaret, a jego ściany zdobią błękitne płytki z Izniku. Wejście na teren meczetu jest ukryte między budynkami mieszkalnymi.

Meczet Hürrem

Z dala od centrum znajduje się zbudowany przez Sinana niewielki Haseki Hürrem Sultan Camii, meczet będący częścią vakfu ufundowanego przez sułtankę. W pobliżu zobaczyć też można inne instytucje jej imienia, jak szpital czy centrum edukacyjne.

Meczety Mihrimah

W Stambule stoją dwa meczety sułtanki Mihrimah. Żeby obejrzeć starszy, trzeba udać się do azjatyckiej części miasta, w pobliże stacji metra Üsküdar. Zbudowany oczywiście przez Sinana w latach 1543-48 z ciosanego kamienia, wewnątrz został wykończony marmurem.

Drugi, większy meczet, zbudowano 20 lat później po europejskiej stronie Stambułu, w pobliżu murów miejskich. W grobowcach przy świątyni pochowano Ayşe Hümaşah, córkę Mihrimah oraz innych członków jej rodziny.

Wieża Panny

Jest jedną z ikon Stambułu. Powstała w XII w. jako bizantyjska forteca zbudowana na skale wystającej z wód Bosforu, chociaż niektóre źródła wskazują, że może pochodzić nawet z 340 r. p.n.e. Znajduje się około 200 m od azjatyckiego brzegu dzielnicy Uskudar. Jej obecny wygląd pochodzi z XVIII w. Służyła za punkt poboru podatków, wieżę obronną i latarnię morską. Do niedawna należała do Marynarki Wojennej a obecnie mieści się w niej prywatna luksusowa restauracja. Związanych jest z nią kilka legend, w tym o córce sułtana, skąd wzięła się jej obecna nazwa. W serialu w tej wieży więziono babcię sułtana Ahmeda.

Meczet Cihangira

Meczet Cihangira stoi na wzgórzu nad Bosforem w dzielnicy Beyoğlu. Budynek zaprojektowany przez Sinana, był wielokrotnie niszczony przez trzęsienia ziemi i pożary, a jego ostatnia przebudowana wersja pochodzi z XIX w. Gdy byłam tam ostatnim razem, był zamknięty z powodu prac renowacyjnych, zakończonych w 2018 r.

Twierdza Rumeli Hisarı

Twierdza Rumeli Hisarı, która wielokrotnie pojawiała się w serialu, stoi po europejskiej stronie miasta przed drugim mostem bosforskim. Została ukończona w zaledwie 4 miesiące w 1452 r., a więc przed czasami Sulejmana Wspaniałego, na rozkaz sułtana Mehmeta II. Do warowni można dotrzeć autobusem lub promem. Z twierdzy zostały mury, w środku nic nie ma, dlatego nie polecam tam wchodzić. Wystarczy zobaczyć ją z wody w czasie rejsu po Bosforze.

Twierdza Yedikule

Po zachodniej stronie miasta ciągną się mury miejskie. W swojej historii miasto było otaczane murami czterokrotnie, a ich pozostałości, o długości 21 km, należą do najdłuższych w Europe. W murach Stambułu mieści się ponad 50 bram i 300 bastionów. Przy murach od strony Morza Marmara zachowała się okrągła twierdza Yedikule, która również była scenerią serialu. Można do niej dojechać metrem Marmaray.

Śladom Wspaniałego Stulecia, które można znaleźć w innych miastach Turcji poświęcę osobny wpis.

Antalya, Wieża Zegarowa na Kaleici

Turcja w czasie koronawirusa

W czasie mojej pierwszej od wybuchu pandemii koronawirusa podróży do Turcji, bezpośrednie połączenia lotnicze z Polski do Turcji były zakazane, dlatego byłam zmuszona lecieć z Niemiec. Wybrałam bezpośredni rejs z Berlina Tegel do Antalyi linią Sunexpress.

Przelot do Turcji

Mimo że samo lotnisko Tegel zawsze było kiepskim miejscem na rozpoczęcie podróży czy przesiadki, to z powodu pandemii spodziewałam się tam niemieckiego porządku. Zamiast tego zobaczyłam wszechobecny bałagan, osoby odprowadzające kręcące się po terminalu mimo sprawdzania kart pokładowych przy wejściu i kolejki nie wiadomo dokąd. Boarding odbywał się autobusami i tu zauważyłam jedyny plus – zamiast upychania wszystkich do jednego pojazdu, przewożono po ok. 20 osób.

Samolot był pełny. Przy wejściu załoga rozdawała chusteczki antybakteryjne, ale poza tym wszystko, łącznie ze sprzedażą posiłków i artykułów duty free, odbywało się normalnie. Pasażerowie chyba ograniczyli chodzenie po pokładzie i wizyty w toalecie. W trakcie lotu rozdano karty lokalizacyjne do wypełnienia, które trzeba było oddać przy kontroli granicznej. Po wylądowaniu poproszono pasażerów o pozostanie na miejscach i opuszczanie samolotu rzędami. O dziwo, dostosowali się do tego nawet Turcy.

W terminalu nie było dodatkowych kontroli stanu zdrowia czy temperatury. Samo lotnisko sprawiało przygnębiający widok, jak kilka lat temu, gdy z powodu puczu i zamachów ruch lotniczy do Turcji zamarł.

Antalya w czasie pandemii

Życie w mieście toczy się prawie normalnie. W środkach transportu publicznego obowiązuje noszenie maseczek. W odróżnieniu od Polski przestrzegają tego wszyscy i w całym autobusie trafiały się tylko 1-2 osoby z odsłoniętym nosem. Jak zwykle do autobusu wchodzi się drzwiami przy kierowcy, którego jedyną ochroną jest maseczka, ponieważ nie zainstalowano dodatkowych przesłon. W autobusach nie ma tłoku.

Maseczki trzeba nosić w sklepach i jest to egzekwowane w sieciówkach, ale w prywatnych punktach już niekoniecznie. Nie przestrzegają tego nawet sprzedawcy. W centrach handlowych, oprócz typowej kontroli bezpieczeństwa (bramki do wykrywania metalu i skanery bagażu), obsługa mierzy wchodzącym temperaturę. Pomiar bywa też prowadzony (nie zawsze) w kawiarniach sieci Starbucks. W sklepach i restauracjach dostępne są płyny do dezynfekcji rąk.

W restauracjach kelnerzy noszą maseczki. Wybór potraw jest prawie taki jak zawsze. Jedyną pozycją, której nie mogłam dostać z powodu pandemii, był yayık ayran, czyli ayran wytwarzany na miejscu w restauracji. Pisałam o nim w artykule Subiektywny przewodnik po kuchni tureckiej.

Stare miasto w Antalyi, sklepy i restauracje dla turystów są wyludnione jak poza sezonem. Ale po okolicznych ulicach centrum chodzi sporo mieszkańców. Publiczna plaża jest pełna ludzi, oprócz Turków słychać głównie Rosjan, którzy stanowią duży odsetek mieszkańców miasta. Ludzie urządzają pikniki w parkach i przesiadują w kawiarniach. Osiedlowy targ organizowany raz w tygodniu był pełny kupujących i mało kto nosił maseczkę.

Z powodu koronawirusa nie działa Eye of Antalya, drugie największe koło młyńskie w Europie.

Po wcześniejszych gwałtownych wzrostach, ceny rękawiczek, maseczek i płynów do dezynfekcji wróciły do normalności. W Turcji powszechnie używa się wody kolońskiej, najczęściej o zapachu cytrynowym i zawartości 80% alkoholu. 400 ml takiej wody można bez problemu kupić za średnio 14 lir (8 zł), 50 szt. rękawiczek lateksowych kosztuje 15-20 lir, 10 szt. nitrylowych – 7 lir.

Lot powrotny do Europy

Wylot z Antalyi do Niemiec również odbywał się normalnie. Przed pierwszą kontrolą bezpieczeństwa przy wejściu do terminala pasażerowie wpuszczani są pojedynczo, prawdopodobnie znajduje się tam kamera mierząca temperaturę. W hali odlotów niektóre miejsca siedzące zasłonięto taśmą w celu zachowania dystansu. Również tu autobusy przewożące pasażerów do samolotu zabierały znacznie mniej osób niż normalnie.

W rejsie powrotnym do Berlina nie rozdawano kart lokalizacyjnych. Samolot był zapełniony mniej niż w połowie. De-boarding miał się odbywać rzędami, ale nie było to już tak skrupulatnie egzekwowane jak w trakcie lotu do Turcji.

Zamek w Edynburgu

Weekend w Edynburgu

Gościnny wpis mojej siostry Marty.

Od kilku lat mieszkam w Londynie. Do tej pory nie miałam zbyt wielu okazji, by pozwiedzać Wielką Brytanię. Do Szkocji chciałam się wybrać już od dłuższego czasu i w końcu nadarzyła się sposobność. Udało mi się znaleźć dobrą ofertę na weekend – wylot w sobotę rano, powrót w niedzielę wieczorem. Czas na miejscu musiałam więc sobie bardzo dobrze rozplanować. Podróż do Szkocji zimą jest dość ryzykowna ze względu na pogodę, o czym przekonałam się bardzo szybko.

Lotnisko i komunikacja

Z Londynu loty do Edynburga odbywają się kilka razy dziennie ze wszystkich pięciu lotnisk i często można trafić na okazje tańsze niż pociąg. Podróż zajmuje tylko godzinę i 20 minut (dla porównania pociąg jedzie 4,5-5 godzin). Z Polski do Edynburga można dolecieć tanimi liniami z większości lotnisk, a podróż zajmuje około 2,5 godziny.

Lotnisko w Edynburgu znajduje się 13 km od centrum miasta i jest z nim bardzo dobrze skomunikowane. Do wyboru mamy kilka opcji dojazdu. Warto ściągnąć sobie aplikację Transport for Edinburgh, która wyszuka nam różne opcje, oraz powiązaną z nią TfE M-Tickets, na której w prosty sposób można kupić bilety autobusowe.

Autobusy do centrum kursują spod samego terminala i obsługiwane są przez firmę Lothian Buses. Bilet w jedną stronę kosztuje 4,50£, w dwie 7,50£. Można je kupić w autobusie lub przez aplikację. Przy tej drugiej opcji należy pamiętać, by aktywować bilet dopiero przed samym wejściem, ponieważ ważny jest tylko przez 5 minut po aktywacji. Wystarczy pokazać go kierowcy i już można wsiadać.

Ja zdecydowałam się na autobus Airlink 100, który jest najszybszy i przejeżdża przez samo centrum. Miejsca są przestronne, przy każdym siedzeniu znajduje się gniazdko USB, w autobusie działa też bezpłatne WiFi. Podróż trwa około 30 minut. Wszystkie przystanki są na żądanie, musimy więc nacisnąć przycisk STOP. Wyświetlacz w autobusie pokazuje 3 kolejne, więc łatwo możemy ocenić, który jest dla nas najdogodniejszy.

Inne linie kursujące z lotniska, to Skylink 300, który jedzie trochę dłuższą trasą i dojeżdża aż do pałacu Holyrood oraz Skylink 200 (ten omija centrum i jedzie do Ocean Terminal). Istnieje jeszcze opcja dojazdu do centrum tramwajem. Przystanek znajduje się jednak już troszkę dalej od terminala, a bilet kosztuje 5,50£ (8,50£ w dwie strony). Kupimy go w automacie (kartą lub odliczonymi monetami).

Transport miejski

Lothian Buses obsługuje też autobusy poruszające się po mieście. Bilet jednorazowy kosztuje wtedy 1,70£. Można go kupić w aplikacji lub w autobusie – kartą zbliżeniową lub odliczoną kwotą bezpośrednio u kierowcy (monety wrzucamy wtedy do skrzyneczki, a kierowca nie ma możliwości wydania reszty). W nowszych pojazdach znajdziemy gniazdka USB do ładowania telefonu. Jeśli planujemy więcej niż 2 przejazdy jednego dnia, warto rozważyć bilet całodzienny, który kosztuje 4,50£. Centrum Edynburga jest jednak na tyle małe, że nie miałam problemów z poruszaniem się na piechotę.

Zamek i okolice

By nie marnować czasu, zwiedzanie postanowiłam zacząć od razu po przyjeździe. Wysiadłam na przystanku na Princes Street – nowoczesnej ulicy z mnóstwem sklepów, nad którą góruje najważniejsza atrakcja miasta – majestatyczny zamek. Twierdzę zbudowano na wzgórzu, droga do niej jest więc dość męcząca, ale widoki ze szczytu rekompensują trudy. Zamek otwarty jest prawie codziennie, w środku znajduje się wiele atrakcji, a o 13tej oddawana jest salwa armatnia. Ja niestety miałam pecha – nad Wielką Brytanią przechodził akurat huragan Dennis. Ze względu na silny wiatr twierdzę zamknięto. Dostępny był tylko dziedziniec przed wejściem, z którego roztacza się wspaniały widok na całe miasto.

Przed przyjazdem warto odwiedzić stronę internetową zamku, gdzie znajdziemy godziny otwarcia (różne w zależności od sezonu) i kupimy bilet wstępu (taniej niż w kasie na miejscu i bez czekania w kolejce). Gdyby ktoś miał takiego pecha jak ja, koszty rezerwacji zostałyby zwrócone lub obsługa zmieniłaby termin. Informacje o wszelkich nieprzewidzianych zmianach w godzinach otwarcia pojawiają się na Twitterze.

Przed wejściem na zamkowy dziedziniec znajdują się dwie ciekawe, ale dość drogie atrakcje: The Scotch Whiskey Experience – replika destylarni whisky oraz Camera Obscura. Do tego drugiego miejsca kolejka stała dookoła budynku, bo biletów nie można jeszcze kupić przez Internet.

Greyfriars Kirkyard i pies Bobby

Edynburg jest miastem o niezwykłym klimacie – szarym i mrocznym, a jednocześnie tajemniczym. Popularne są tutaj wieczorne wycieczki śladami morderstw i duchów, a ostatnio również Harrego Pottera. Je postanowiłam wytyczyć sobie swoją własną trasę.

Z zamku przeszłam się ulicą Lawnmarket, a następnie skręciłam w George IV Bridge, minęłam Bibliotekę Narodową, by po prawej stronie zobaczyć The Elephant House. To w tej niepozornej kawiarni powstawały książki o Harrym Potterze.

Kilka kroków dalej natrafimy na Greyfriars Bobby’s Bar, przed którym znajduje się niewielki pomnik pieska Bobby’ego. Ten mały terier przez 14 lat czuwał przy grobie swego właściciela. Cmentarz Greyfiars Kirkyard, na którym został pochowany, znajduje się zaraz obok, a pomnik upamiętniający miejsce jego spoczynku stoi naprzeciwko bramy wejściowej. Nie da się go przegapić – fani układają pod nim psie zabawki i patyki do rzucania. Ten piękny cmentarz znany jest też z tego, że to po nim przechadzała się J.K. Rowling, szukając wśród nazwisk inspiracji do swoich książek. Jeśli więc dobrze poszukamy, znajdziemy tam grób Tom’a Riddle’a, który nieświadomie użyczył swojego imienia ludzkiej postaci Lorda Voldemorta. 

National Museum of Scotland

Naprzeciwko Greyfriars Bobby’s Bar zobaczymy National Museum of Scotland – zdecydowanie warte odwiedzenia (zwłaszcza, że wstęp jest darmowy!), otwarte codziennie od 10tej do 17tej. Na jego zwiedzanie należy przeznaczyć kilka godzin, ponieważ ilość atrakcji jest zadziwiająca. Znajduje się w nim masa przeróżnych kolekcji – technologii i nauki, transportu, archeologii, świata naturalnego czy historii Szkocji, by wymienić tylko kilka. Można tutaj zobaczyć zegar milenijny, szachy z Lewis (rozsławione w filmie Harry Potter i Kamień Filozoficzny) wypchaną owcę Dolly, spróbować biegania w „kole chomika” czy porozmawiać z robotem. Wiele wystaw jest multimedialnych lub stworzonych w formie zabawy. Warto wybrać się tam z dziećmi, ale dorośli też będą zachwyceni.

Royal Mile i małe muzea

Z muzeum wróciłam do Royal Mile czyli głównej ulicy starego miasta, a właściwie czterech ulic: Castle Hill, Lawnmarket, High Street i Canongate. Ciągną się one od zamku do Pałacu Holyrood (oddalonych o milę od siebie, stąd nazwa). Znajdują się przy nich zabytkowe kamienice, w których obecnie mieszczą się sklepy z pamiątkami, restauracje i puby. Można tu też spotkać licznych artystów ulicznych, na przykład kobziarzy w tradycyjnych strojach (których nie odstraszył nawet wiatr i deszcz). 

Jednym z zabytków tej części miasta jest Katedra św. Idziego, której historia sięga XII wieku. Wstęp do kościoła jest bezpłatny, przy wejściu można jednak złożyć dobrowolną 5-funtową darowiznę na konserwację zabytku. Pozwolenie na fotografowanie we wnętrzu płatne jest 2£, nie widziałam jednak by ktokolwiek tego pilnował lub respektował. Istnieje możliwość wejścia na dach z przewodnikiem. Koszt takiej wycieczki to 6 funtów.

W okolicy Royal Mile znajduje się cala masa malutkich, bezpłatnych muzeów. Warto wejść do kilku, by przynajmniej zobaczyć wnętrza kamienic, ale też poznać interesujące fakty o Szkocji i życiu jej mieszkańców. Ja zdecydowałam się na trzy. Muzeum Pisarzy, położone w głębi jednej z bram, poświęcone jest znanym szkockim twórcom, m.in. Sir Walterowi Scottowi (polecam tylko pasjonatom, bo poza rękopisami i kilkoma rycinami, nie znajdziemy tam wiele). Ciekawe Muzeum Historii Ludu (The People’s Story Museum) opisuje dzieje ludu pracującego w Edynburgu. Naprzeciwko niego zwiedzić możemy Muzeum Edynburga, opowiadające historię miasta, chociaż, moim zdaniem, w dość ubogi sposób. Opisy wszystkich muzeów oraz godziny ich otwarcia znajdziemy na stronie Museums & Galleries Edinburgh.

Bary na Royal Mile

Royal Mile to także liczne bary, kawiarnie i restauracje. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – fastfoody, znane sieciówki czy klimatyczne tradycyjne puby. Ceny wszędzie są mniej więcej podobne. Ja decydowałam się na pub No. 1, ponieważ był mniej zatłoczony. Warto skusić się na lokalne specjały. Oczywiście, jak w całej Wielkiej Brytanii, tutaj również dostaniemy klasyczną rybę z frytkami. Charakterystycznym specjałem dla tego regionu jest również haggies (owcze podroby, wymieszane z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszyte i duszone w owczym żołądku). W smaku przypominają białą kaszankę.

Od Holyrood do Calton Hill

Idąc dalej Royal Mile dojdziemy do nowoczesnego budynku Szkockiego Parlamentu i Pałacu Holyrood – oficjalnej rezydencji brytyjskiej rodziny królewskiej w Szkocji. Jeśli nie przebywa w nim królowa, pałac można zwiedzać. Koszt to 16,50£ (albo 21,60£ za bilet łączony z wystawą poświęconą Leonardo da Vinci w galerii królewskiej). Nad pałacem góruje też najwyższy szczyt parku Holyrood, zwany Tronem Artura. Z góry roztacza się ponoć piękny widok na całe miasto, wędrówka jest jednak dość długa, konieczna jest więc sprzyjająca pogoda.

Zamiast wracać tą samą drogą, można skierować się w Calton Road. Po prawej stronie pojawi się pięknie położony, stary cmentarz – New  Calton Burial Ground. Na szczycie wznosi się Burns Monument – pomnik upamiętniający szkockich poetów. Z cmentarza roztacza się wspaniały widok na miasto i pałac Holyrood.

Naprzeciwko Burns Monument zobaczymy budynek Nowego Parlamentu, a idąc dalej dojdziemy do siedziby szkockiego rządu. W tym miejscu warto skręcić w prawo i rozpocząć krótką wspinaczkę na  Calton Hill. Jest to wzgórze nazywane Akropolem Północy i wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Znajdują się tutaj m.in. National Monument of Scotland (pomnik mający upamiętniać Szkotów poległych w wojnach napoleońskich) czy obserwatorium miejskie z 1776 r. Bardzo silny wiatr i zacinający deszcz nie zachęcał mnie do dłuższego rozkoszowania się widokami, więc po kilku zdjęciach ruszyłam w drogę powrotną.

Edynburg dysponuje bardzo dobrą bazą noclegową. Ja zdecydowałam się na skorzystanie z Airbnb. Znalazłam bardzo przyjemny pokój w kamienicy położonej 20 minut spacerem od centrum. Jedna noc kosztowała tylko 23,10£.

Dzień drugi – HMY Britannia

Następnego dnia śniadanie zjadłam w Cafe Rouge. Ceny, jak na Wielką Brytanię, bardzo przystępne – za typowo szkocki posiłek zapłaciłam 6,95£. Niestety, pogoda dalej była niesprzyjająca. Rozpogodziło się, ale silny wiatr nie pozwolił na otwarcie zamku. Pojechałam więc do Ocean Terminal – centrum handlowego położonego w dawnych dokach na północy miasta (około 30 minut autobusem). Kryje ono jedną z ciekawszych, moim zdaniem, atrakcji Edynburga – Her Majesty’s Yacht Britannia, dawny jacht Królowej Elżbiety II, udostępniony obecnie do zwiedzania. Zaskoczyło mnie, że wchodzi się do niego z drugiego piętra centrum handlowego. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 17£. W cenie dostajemy audioprzewodnik (istnieje opcja ustawienia języka polskiego).

Statek ten przez 43 lata służył królowej za dom na wodzie, gościł mnóstwo najważniejszych osób na świecie, a także odbyli nim podróż poślubną książę Karol i księżna Diana. Możemy tu zobaczyć kabiny królowej i jej męża (z zaskakująco wąskimi łóżkami), salę jadalną, gabinet królowej, miejsca wypoczynku rodziny królewskiej, ale także pomieszczenia załogi, maszynownię, pralnię czy szpital. Ciekawą zabawą jest szukanie piesków corgi – maskotki porozstawiane są po całym statku. Na koniec można odebrać pamiątkową przypinkę i wziąć udział w losowaniu nagrody.

Na statku mieści się sklepik wyrabiający tradycyjne angielskie fudge – krówki o różnych smakach, których można spróbować za darmo. Ja skusiłam się na rumowo-rodzynkowe.

Po zwiedzeniu statku warto wstąpić jeszcze na chwilę do położonego zaraz obok The Living Memory Association. Jest to muzeum wspomnień. Znajduje się w nim masa sprzętów, zabawek i przedmiotów z minionych lat. Wszystkiego można dotykać, jest to też ciekawa atrakcja dla dzieci.

Okolice Princes Street

Zostało mi jeszcze trochę czasu przed powrotem do Londynu, przeszłam się więc Princes Street – jedną z głównych ulic handlowych. Najbardziej charakterystyczną atrakcją tej ulicy jest Scott Monument – pomnik upamiętniający Sir Waltera Scotta. Zaraz obok znajdują się The Royal Scottish Academy (z wystawą sztuki nowoczesnej) oraz National Gallery of Scotland. Wejścia do obu są bezpłatne.

Przy Princes Street położony jest również piękny park z masą pomników. Niestety, ze względu na pogodę został on zamknięty. Mnie interesowała jedna rzeźba, na szczęście dobrze widoczna z ulicy, upamiętniająca Misia Wojtka i polskich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej. Ten słynny niedźwiedź zmarł właśnie w zoo w Edynburgu w 1963 roku. W 2015 roku doczekał się swojego pomnika.

Idąc dalej Princes Street dojdziemy do dwóch kościołów – Św. Jana oraz parafialnego św. Cuthberta i do przyległego do nich cmentarza (malowniczo położonego pod wzgórzem zamkowym). Zaraz obok znajduje się przystanek Airlink 100, którym wrócimy na lotnisko, jest to więc dobry sposób na zakończenie zwiedzania.

Oslo w dwa dni: rzeźba Tygrysa

Oslo w 2 dni

Zima w Oslo ogranicza możliwości zwiedzania. Dni są krótkie. W styczniu, kiedy wybrałyśmy się na wycieczkę, słońce wschodziło przed 9 i zachodziło po 16. Muzea otwierają się o 10-11 i zamykają o 16. Dodatkowo, część atrakcji, np. Pałac Królewski czy Zamek Akershus są nieczynne. Nie pływa też prom do Bygdøy, gdzie mieszczą się najciekawsze muzea. Poza tym pogoda może uprzykrzyć chodzenie po mieście. W czasie naszego pobytu, pierwszego wieczora padał deszcz, uniemożliwiając robienie zdjęć. Drugiego dnia było pochmurno, tylko po południu na chwilę wyszło słońce. Trzeciego dnia na skoczni Holmenkollen padał śnieg, a chmury utrudniły podziwianie panoramy Oslo. Biorąc pod uwagę krótkie dni i pogodę, zdecydowałyśmy się tak ułożyć plan zwiedzania, żeby większość czasu spędzać w muzeach, ograniczając do minimum chodzenie po mieście. 

Spacer po mieście

Po przylocie, zakwaterowaniu w hotelu i obiedzie, przespacerowałyśmy się w deszczu głównym deptakiem miasta, Karl Johans gate, od katedry do Pałacu Królewskiego. Dalej przeszłyśmy obok budynku Ratusza, przez stare miasto na wybrzeże, pod budynek Opery i na koniec do dworca, do rzeźby Tygrysa.

Katedra

Niewielką, XVII-wieczną katedrę wyróżniają malowidła na drewnianym suficie. Odbywają się w niej śluby i pogrzeby członków rodziny królewskiej oraz norweskiego rządu. Otwarta jest od 10 do 16, dlatego do środka zajrzałyśmy dopiero ostatniego dnia, w drodze powrotnej na lotnisko.

Karl Johans gate

Karl Johans gate to główna ulica miasta, łącząca główny dworzec Oslo z Pałacem Królewskim. Stoją przy niej XIX-wieczne gmachy Parlamentu, Teatru Narodowego i stare budynki Uniwersytetu. Między Parlamentem i Teatrem znajduje się park z publicznym lodowiskiem, które z powodu deszczu i dodatniej temperatury pokrywała kilkucentymetrowa warstwa wody.

Pałac Królewski

Na końcu Karl Johans gate, na wzniesieniu, otoczona XIX-wiecznym parkiem, stoi rezydencja rodziny królewskiej. Codziennie o 13:30 odbywa się przed nią zmiana warty. Latem wnętrza dostępne są dla zwiedzających.

Ratusz

Budowę tego ogromnego ceglastoczerwonego gmachu  ukończono w 1950 r. na 900-lecie miasta. Stoi przy nabrzeżu, otoczony równie wielkimi rzeźbami. Zaskoczyła mnie cisza przed ratuszem, który znajduje się przecież w centrum Oslo. Z poprzedniego pobytu pamiętam, że przejeżdżaliśmy ulicą przed budynkiem. Teraz kursują tam tylko tramwaje. 

Twierdza Akershus

Spod ratusza jest ładny widok na średniowieczną twierdzę Akershus. Zbudowana na przełomie XII i XIII w, przez stulecia służyła władcom Norwegii, przetrwała wiele oblężeń i nigdy nie została zdobyta. Na terenie twierdzy, oprócz zamku znajduje się Muzeum Sił Zbrojnych i Muzeum Oporu Norwegii oraz Ministerstwo Obrony, Królewskie Mauzoleum oraz biuro Premiera. Twierdza i muzea są otwarte przez cały rok, ale zamek i mauzoleum są dostępne tylko w niektóre dni tygodnia od maja do listopada.

Opera

Gdy byłam w Oslo po raz pierwszy, gmachu Opery nad brzegiem zatoki Oslofjorden jeszcze nie było. Otwarto go w 2008 r. i stał się najbardziej rozpoznawalnym budynkiem w mieście. W holu dominuje ciepłe, dębowe drewno. Pokryty włoskim marmurem dach sprawia wrażenie śliskiego, ale można po nim bez obaw spacerować i podziwiać panoramę miasta, z widoczną w oddali skocznią Holmenkollen. 

Rzeźba Tygrysa

Pomnik Tygrysa przed budynkiem dworca Oslo S został ufundowany na tysiąclecie miasta, noszącego przydomek Tigerstaden (tygrysie miasto). Nazwy tej w 1870 r. użył norweski poeta w wierszu opisującym walkę między koniem a tygrysem. Tygrys reprezentował niebezpieczne miasto, a koń bezpieczną wieś. Obecnie pomnik jest jednym z najczęściej fotografowanych w Oslo.

Rano powtórzyłyśmy pierwszą część trasy pod Pałac Królewski, gdzie wsiadłyśmy w autobus nr 30 jadący na półwysep Bygdøy, na którym znajdują się najciekawsze muzea w mieście.

Muzeum statku Fram

Na skraju półwyspu Bygdøy mieszczą się trzy muzea: Fram, Kon-Tiki i Muzeum Morskie. Przy wejściu do muzeum statku polarnego Fram widnieje informacja, że jest to najlepsze muzeum w Norwegii i faktycznie, nie jest to stwierdzenie na wyrost. 

Statek Fram, zbudowany w 1892 r., uczestniczył w trzech wielkich wyprawach polarnych, Fridtjofa Nansena (1893-1896), Ottona Sverdrupa (1898-1902) i Roalda Amundsena (1910-1912). W 1936 r., po wyremontowaniu, umieszczono go w muzeum. Kilka lat temu dobudowano drugi budynek, gdzie ustawiono statek Gjøa, który w latach 1903-1906 jako pierwszy przepłynął Przejście Północno-Zachodnie, czyli drogę z Europy do Azji przez Archipelag Arktyczny.

W muzeum można obejrzeć ciekawy, kilkunastominutowy film o wyprawach polarnych, wejść na pokład i do wnętrz obu statków. Ponadto zaprezentowane są zdjęcia, dokumenty i pamiątki związane z wyprawami polarnymi zarówno morskimi, jak i lotniczymi: wodnosamolotami i sterowcem. Obejrzenie muzeum zajęło nam około 1,5 godziny, ale warto na nie poświęcić więcej czasu, rezygnując np. z wizyty w Muzeum Morskim.

Muzeum Kon-Tiki

Drugim wartym odwiedzenia miejscem w tej części półwyspu jest muzeum Kon-Tiki. Poświęcono je wyprawom Thora Heyerdahla, który na zbudowanej z balsy tratwie Kon-Tiki przepłynął Ocean Spokojny, a później na papirusowej tratwie Ra II Ocean Atlantycki. W muzeum znajdują się oryginalne tratwy i pamiątki z tych i pozostałych ekspedycji Heyerdhala, jego prywatne archiwum i biblioteka.

Norweskie Muzeum Morskie

Obok muzeów Fram i Kon-Tiki znajduje się Norweskie Muzeum Morskie, poświęcone morskiej historii kraju. W naszej opinii było najmniej ciekawe. Zaraz przy wejściu stoi kilka niedużych łodzi i zbiór galionów – rzeźb z dziobów statków. Kolejnych kilka sal mieści modele statków, przedmioty używane w rybołówstwie, znaleziska archeologiczne i obrazy marynistyczne. Najbardziej spodobał nam się model wnętrza statku z kajutami i wyposażeniem. Jeżeli dysponuje się czasem, to można tu zajrzeć. Pod warunkiem, że ma się Oslo Pass – inaczej szkoda pieniędzy na bilet.

Muzeum Łodzi Wikingów

W odległości nieco ponad kilometra w stronę miasta znajdują się dwa kolejne muzea. Można do nich przejść pieszo lub wrócić autobusem. Pierwszym jest Muzeum Łodzi Wikingów. Mieszczą się w nim trzy łodzie pogrzebowe datowane na IX i X w. n.e. Dwie zachowały się w całości, trzecia we fragmentach. Oprócz łodzi, w muzeum obejrzeć można drewniany wóz konny i niewielki zbiór innych przedmiotów znalezionych na statkach. Muzeum powstało w latach 30. XX w. i może dlatego nie robi wielkiego wrażenia, a ekspozycja jest skromna. Podobnie jak Muzeum Morskie, raczej dla pasjonatów.

Norweskie Muzeum Ludowe

Dużo ciekawszym, ale jednocześnie wymagającym poświęcenia znacznie więcej czasu jest mieszczące się w odległości kilku minut pieszo Norweskie Muzeum Ludowe. Ten największy w Norwegii skansen składa się z ponad 140 budynków z różnych epok i rejonów kraju. Jednym z najcenniejszych zabytków jest XIII-wieczny kościół klepkowy przeniesiony z miejscowości Gol. Bardzo ciekawy fragment skansenu stanowi Stare Miasto z kamienicami, sklepami i stacją benzynową. W kamienicach zrekonstruowano typowe mieszkania z różnych okresów XIX i XX w.

Latem skansen ożywa, organizowane są wystawy czasowe, a w budynkach i zagrodach spotkać można rzemieślników i zwierzęta.

Szybkie obejście terenu muzeum zajęło nam kolejne 1,5 godziny.

Muzeum Muncha

Z półwyspu Bygdøy pojechałyśmy do Muzeum Muncha. Słynny „Krzyk” mieści się w zbiorach Muzeum Narodowego, które obecnie jest zamknięte. Ale galeria poświęcona tylko temu słynnemu artyście chwali się największą na świecie kolekcją jego dzieł, 28 tysięcy eksponatów! Ku naszemu totalnemu rozczarowaniu okazało się, że w budynku otwarte są tylko cztery sale. W pierwszej jest kilkanaście nieznanych dzieł Muncha, w drugiej krajobrazy namalowane przez innych artystów, w trzeciej jeszcze jakieś dwa obrazy nie Muncha i w czwartej, jedyne jego znane dzieło – Madonna. 

Wizyta w Muzeum Muncha to strata czasu, nawet z kartą Oslo Pass. Miejsce znalazło się na drugim miejscu naszej listy najgorszych odwiedzonych muzeów, zaraz za Muzeum Penisów w Reykjaviku. 

Po wizycie w Muzeum Muncha pojechałyśmy do centrum miasta, pod gmach Opery. Weszłyśmy na dach porobić zdjęcia, a następnie, żeby nie tracić czasu, wsiadłyśmy w tramwaj jadący do Ratusza. 

Centrum Pokojowej Nagrody Nobla

Obok Ratusza znajduje się Centrum Pokojowej Nagrody Nobla, która jako jedyna jest wręczana w Oslo, a nie w Sztokholmie. Muzeum otwarto w 2005 r. w dawnym budynku dworca kolejowego. To miejsce czynne jest aż do godziny 18. Składa się tylko z trzech sal. Dwie przeznaczone są na wystawy czasowe poświęcone ostatnim laureatom, a w jednej mieści się stała wystawa multimedialna. W ciemnej sali ustawiono tablety ze zdjęciami zdobywców nagrody. Zbliżenie się do ekranu powoduje wyświetlenie informacji o laureacie. Na obejrzenie muzeum wystarczy kilkanaście minut, można do niego zajrzeć, jeśli dysponuje się wolną chwilą i Oslo Pass. 

Loty powrotne do Krakowa i Londynu miałyśmy zaplanowane na popołudnie, dlatego wcześniej mogłyśmy odwiedzić jeszcze dwa miejsca w Oslo. Najpierw pojechałyśmy tramwajem nr 12 spod dworca do parku Vigelanda.

Park Vigelanda

Gustav Vigeland (1869-1943) był norweskim rzeźbiarzem, autorem pomników znanych Skandynawów, który poświęcił ponad połowę życia na realizację kompozycji w Parku Frogner. Składa się ona z 212 rzeźb przedstawiających w sumie prawie 600 nagich postaci z kamienia i brązu. Prace nad kompleksem parkowym zaczęły się w 1907 r. od zamówienia na projekt fontanny. Stopniowo Vigeland tworzył rzeźby wokół fontanny oraz ozdabiające parkowy most. Zwieńczeniem była kolumna Monolitten, wykonana z pojedynczego bloku granitu, złożona ze 121 postaci. Prace trwały do końca lat 40. Vigeland był projektantem rzeźb, które wykonał zatrudniony przez niego zespół kamieniarzy i odlewników.

Skocznia Holmenkollen

Z parku przeszłyśmy na stację kolei T-bane, którą pojechałyśmy do Holmenkollen. Mimo braku śniegu w samym mieście, w pociągu towarzyszyli nam narciarze z biegówkami. I rzeczywiście, na stacji w Holmenkollen leżał śnieg. Skocznia stoi na wzgórzu, z którego roztacza się widok na miasto. Przejazd od parku Vigelanda zajmuje 20 minut, spacer pod skocznię kolejnych 15.

Skocznię wielokrotnie przebudowywano, obecna wersja została otwarta w 2010 r. Od 1892 r. co roku w marcu odbywa się tu Holmenkollen Ski Festival, traktowany jak norweskie święto narodowe.

U podstawy budowli mieści się najstarsze na świecie muzeum narciarstwa. Na szczycie skoczni jest otwarta platforma widokowa, dostępna dla zwiedzających. Wjeżdża się na nią tą samą windą, której używają skoczkowie, można zobaczyć salkę, w której czekają na oddanie skoku oraz schody prowadzące na belkę startową. 

Po wizycie na skoczni wróciłyśmy pociągiem T-bane do miasta, a stamtąd na lotnisko.

Mimo krótkich styczniowych dni udało nam się zobaczyć w Oslo prawie wszystko, co zaplanowałyśmy. Poszłybyśmy jeszcze do twierdzy Akershus, do wnętrza Ratusza i do Muzeum Narodowego, gdyby były otwarte.

Najbardziej podobało nam się muzeum statku Fram i skansen, ogromne wrażenie zrobiła też skocznia Holmenkollen. Stolica Norwegii warta jest odwiedzenia i pewnie tam jeszcze wrócimy.

Oslo city break: widok z dachu opery

Oslo city break – przydatne informacje

Szukając miejsca na krótki wypad zimą, trafiłam na tanie bilety do Oslo. Nie było w tym nic szczególnego, bo Norwegia i Szwecja zazwyczaj znajdują się na szczycie listy najtańszych destynacji z Polski. Pomyślałam, że mimo zimy, a co za tym idzie – krótkich dni, warto się tam wybrać. Tym bardziej, że stolicę Norwegii odwiedziłam tylko raz, jeszcze w liceum. Teraz na dwudniowy „Oslo city break” poleciałam z siostrą, ona z Londynu, ja z Polski.

Przelot do Oslo

Z Polski do Oslo lata Ryanair, Wizzair, Norwegian, LOT i SAS. Bilety z małym bagażem podręcznym, który wystarczy na weekendowy wyjazd, łatwo kupić już za ok. 100 zł w dwie strony. Lot trwa 1,5-2 godziny. 

Warto zarezerwować bilety na główne lotnisko, Oslo Gardermoen, leżące 48 km na północ od centrum miasta. Drugie lotnisko, Oslo Torp, leży aż 120 km na południe, więc dojazd do miasta jest droższy i zajmuje znacznie więcej czasu.

Oslo Gardermoen jest drugim największym portem w Skandynawii. W 2019 r. obsłużył prawie 29 mln pasażerów. Terminal lotniska jest przestronny, a drewniane elementy ocieplają wnętrze.

Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, ale należy do strefy Schengen, więc podróżując z Polski nie przechodzi się przez kontrolę graniczną i można posługiwać się dowodem osobistym.

Wybór lotów z czterech lotnisk Londynu jest większy niż z Polski, a ceny biletów tanich linii są podobne. Oczywiście tradycyjnym przewoźnikiem zamiast LOTu jest British Airways. W pasującym nam terminie za bilety trzeba było zapłacić trochę więcej, bo ok. 250 zł. Lot trwa niecałe 2 godziny.

Oslo - płatności

Walutą Norwegii jest korona norweska (NOK). 1 NOK to 0,42 PLN / 0,08 GBP (kurs z lutego 2020). Tak jak w pozostałych krajach skandynawskich, praktycznie wszędzie można płacić kartą, dlatego w czasie pobytu nie korzystałyśmy z gotówki. Bez problemów akceptowano nasze karty Revolut i Curve.

Oslo - korzystanie z internetu

W Norwegii można korzystać z roamingu UE, dlatego nie trzeba kupować lokalnej karty SIM. Na lotnisku jest bezpłatny dostęp do internetu przez 4 godziny.

Dostęp do internetu przydaje się do sprawdzania rozkładów jazdy środków transportu. W tym celu, oprócz map Google, korzystałyśmy z aplikacji RouterReise. Internet jest też potrzebny do aktywowania karty Oslo Pass.

Karta Oslo Pass

Jeżdżąc po świecie, zwykle nie korzystam z miejskich kart dla turystów, ponieważ ich zakup z reguły się nie opłaca. Ale w Oslo taka karta bardzo się przydaje. Można z nią podróżować komunikacją miejską (w tym promami) w 1 i 2 strefie, wejść do ponad 30 muzeów, skorzystać z zewnętrznych basenów oraz ze zniżek na wycieczki z przewodnikiem i na jedzenie w niektórych restauracjach.

Kartę Oslo Pass można kupić na lotnisku, albo jeszcze przed przylotem, w aplikacji OsloPass. Dostępne są karty 24-, 48- i 72-godzinne, w cenie odpowiednio 445, 655 i 820 NOK. Dla dzieci i seniorów przewidziano zniżki.

Bez karty jeden przejazd autobusem czy tramwajem w 1 strefie kosztuje 37 NOK, bilet 24-godzinny 111 NOK, a bilet wstępu do muzeum 120-140 NOK. Łatwo policzyć, że cena 48-godzinnej karty Oslo Pass zwraca się już po odwiedzeniu 5 muzeów i jednym przejeździe autobusem.

Po zakupie online, kartę trzeba aktywować. Ponadto, co rano trzeba ściągnąć nowy kod QR i animację. W niektórych smartfonach odbywa się to automatycznie, pod warunkiem dostępu do internetu, w innych trzeba to zrobić ręcznie.

Aplikacja Visit Oslo

Oprócz Oslo Pass można ściągnąć aplikację Visit Oslo, która zawiera informacje m. in. o muzeach, miejscach wartych odwiedzenia i restauracjach. Przydaje się do sprawdzania godzin otwarcia interesujących nas atrakcji.

Oslo city break: aplikacja OsloPass

Przejazd z lotniska do miasta

Z Oslo Gardermoen (Oslo Lufthavn) do miasta jeżdżą autobusy i pociągi. Przejazd autobusem trwa ok. 50 min. i kosztuje 189 NOK. Znacznie szybciej, bo w 19 minut, dojedzie się pociągiem Airport Express. Pociągi kursują co 10 minut, a bilet kosztuje 199 NOK. Ale najlepszą opcją jest przejazd pociągiem regionalnym. Podróż do stacji Oslo S (Sentralstasjon) trwa tylko 4 minuty dłużej niż ekspresem, a kosztuje 109 NOK. Cenę biletu można jeszcze obniżyć z Oslo Pass.

W Norwegii w wielu miejscach, w tym w środkach transportu, obowiązują zniżki dla młodzieży, studentów i osób powyżej 67 roku życia.

Przejazd z lotniska z Oslo Pass

Z kartą Oslo Pass można korzystać z komunikacji miejskiej w 1 i 2 strefie. Lotnisko leży w strefie 4, więc należy dokupić bilet na brakujące strefy. W hali przylotów lotniska, przed zejściem na perony, znajdują się automaty biletowe i punkt obsługi klienta. Wystarczy pokazać aktywną kartę Oslo Pass, a osoba z punktu obsługi wydrukuje bilet na brakujący odcinek podróży, w cenie 48 NOK. W mieście, automaty i punkt obsługi znajdują się przy zejściu na perony na dworcu centralnym. Bilet dodatkowy na lotnisko kosztuje 61 NOK.

Oslo city break - gdzie nocować

Ceny hoteli w Oslo nie należą do niskich, ale czasem można upolować okazję. Nam udało się znaleźć pokój dwuosobowy ze śniadaniem w 3-gwiazdkowym hotelu Anker, 10 minut pieszo od dworca, za 260 zł za noc. Pokój był wygodny, łazienka prosta, ale z podgrzewaną podłogą, a wybór dań na śniadanie jak w dobrej klasy hotelach sieciowych. Zaskoczyły nas norweskie specjały – łosoś, śledzie i ser brunost, kilka rodzajów mleka i owocowe smoothie.

Oslo city break - gdzie jeść

Pierwszego wieczoru odwiedziłyśmy małą, ale bardzo popularną knajpkę Illegal Burger, serwującą burgery grilowane na węglu drzewnym. Poszczęściło nam się dostać stolik bez czekania, ale kilka minut później w lokalu stała już kolejka oczekujących na miejsce. Za średniej wielkości burgera trzeba zapłacić ok. 100 NOK. Woda, jak zwykle w Skandynawii, jest za darmo.

Drugiego dnia chciałyśmy spróbować typowej kuchni norweskiej. Wybrałyśmy leżącą poza ścisłym centrum i przez to tańszą, historyczną restaurację Schrøder, działającą od 1925 r. Miejsce to występuje w powieściach Jo Nesbø. Spróbowałyśmy kotleta mielonego z renifera oraz dania z trzema rodzajami mięsa, serwowanych z ziemniakami i kapustą zasmażaną / warzywami na parze. Za ten obiad zapłaciłyśmy w sumie 350 NOK.

Białoruś samochodem: chata w skansenie Zabroddzie

Białoruś samochodem: w poszukiwaniu korzeni

Gościnny wpis mojej mamy, pamiętnik z rodzinnego wyjazdu w 2015 roku.

Białoruś – miejsce urodzenia moich rodziców, gdzie w trudnych, wielodzietnych rodzinach spędzili dzieciństwo, przeżyli okropności I wojny światowej, łącznie z wywozem mamy na Syberię. Potem, już jako młodzi ludzie, doświadczyli radości z odzyskania przez Polskę niepodległości. Ponownie zastała ich wojna, II wojna światowa, kiedy to najpierw Sowieci, a potem hitlerowcy okupowali kraj. Po klęsce kampanii wrześniowej ojciec mój wrócił w rodzinne strony. Tutaj poznał mamę i założyli rodzinę, a w 1942 r. urodził się mój brat. W styczniu 1945 r. z dworca w Mołodecznie, po wielu staraniach o uzyskanie pozwolenia, wyjechali jako repatrianci do Polski, bydlęcym wagonem, z kozą, która wykarmiła brata i drugim dzieckim w drodze. Pozostawili bliskich i niemal wszystko, co mieli, ale miejsce to  pozostało w ich sercach i myślach do końca.

Dlaczego Białoruś?

Byłam na Białorusi trzy razy, najpierw z mamą i bratem w 1956 r. jako kilkuletnie dziecko. Mama musiała uzyskać z ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych specjalne pozwolenie na ten wyjazd. Pamiętam paradoksalnie wiele z tej podróży: jazdę niemiłosiernie zatłoczonym pociągiem, ruiny Warszawy i rzekę Bug z okna pociągu, krajobraz uprawnej ziemi po horyzont. Pamiętam łzy naszych bliskich, zapach jajecznicy, blinów i ziemniaków, swędzące ciało po ukąszeniach pluskiew po nocy spędzonej w drewnianej chacie mojej babci. Pod powiekami tkwią mi jeszcze obrazy drewnianych, malowanych na zielono-niebiesko domów, kobiet w kolorowych chustkach na głowach, mężczyzn w długich gumowych butach, cmentarz z mogiłami moich dziadków, ogrodzonymi niskimi płotkami, rzeczkę, chyba dopływ Uszy, w której przed wojną rodzice łowili ryby i raki.

Potem byłam tam jeszcze dwukrotnie i za każdym razem z ogromną ciekawością stron rodzinnych moich rodziców, ale też z uczuciem ulgi, kiedy wracałam do domu w naszym, wolnym kraju. Mimo, że prawdziwa wolność dopiero była przed nami.

Po latach, kiedy odeszli moi najbliżsi, i kiedy wiedziałam, że mogę już nie odszukać śladów pozostawionych przez nich na tamtej ziemi, coraz bardziej nękała mnie myśl, że muszę moim córkom pokazać, gdzie są, a może już tylko były, ich korzenie.  

W końcu nadszedł taki czas, że mogliśmy przeznaczyć dwa tygodnie, na przełomie czerwca i lipca, na wspólną podróż. Uznaliśmy, że wpleciemy Białoruś w trasę objazdową po krajach nadbałtyckich. Zapowiadało się piękne lato, liczyliśmy więc na pomyślne warunki do podróżowania samochodem. 

Rozpoczęliśmy od znalezienia miejsca na pobyt na Białorusi w pobliżu miejscowości Mołodeczno, skąd moglibyśmy spróbować odszukać rodzinę, doświadczyć życia codziennego w tym kraju, zrobić wypad do Mińska. Wybór padł na skansen/wieś muzeum Zabroddzie,  kilkanaście kilometrów na północ od Mołodeczna, gdzie zarezerwowaliśmy w serwisie booking.com autentyczną, białoruską, wiejską chatę. Rezerwacja hotelowa była jednym z warunków uzyskania wizy turystycznej na Białoruś.

Informacje praktyczne - wizy na Białoruś

Wizy załatwiliśmy za pośrednictwem firmy Global Airline Services, agenta lotniczego i turystycznego w Warszawie. Oprócz rezerwacji hotelowej, skanów paszportów, zdjęć konieczne było wykupienie vouchera  turystycznego i ubezpieczenia zdrowotnego, w czym również pośredniczył agent, wypełnienie na stronie ambasady białoruskiej wniosku wizowego, wydrukowanie i podpisanie, a także sporządzenie dokładnego planu na każdy dzień pobytu. Koszt uzyskania czterech wiz, łącznie z kosztami pośrednictwa i ubezpieczenia, wyniósł około 750 zł.

Aktualnie na Białorusi bez wymogu posiadania wizy i wyłącznie w celach turystycznych można przebywać do 15 dni w specjalnym turystyczno-rekreacyjnym Parku „Kanał Augustowski” oraz strefie turystyczno-rekreacyjnej „Brześć-Grodno”. 

Obecnie istnieje też możliwość bezwizowego wjazdu, na nie więcej niż 30 dni, przez przejście graniczne “Lotnisko Narodowe “Mińsk” dla obywateli 74 państw, w tym Polski. Nowe przepisy dotyczą tylko osób podróżujących samolotami w obie strony (przylot i odlot z Mińska). W pozostałych przypadkach, niezależnie od celu pobytu, konieczne jest uzyskanie wizy.

Przejazd na Białoruś

Wizy odebraliśmy w siedzibie firmy Global Airline Services na Lotnisku Chopina i ruszyliśmy w drogę w kierunku granicy z Litwą. Na nocleg  zatrzymaliśmy się kilkanaście kilometrów od przejścia granicznego w Ogrodnikach w  gospodarstwie agroturystycznym Dolina Sarenek w  Hołnach Wolmera, gdzie następnego dnia uraczono nas pysznym śniadaniem, złożonym z lokalnych produktów oraz własnych przetworów i wypieków.

W drodze do Wilna, gdzie zamierzaliśmy spędzić noc przed wjazdem na Białoruś, zatrzymaliśmy się w Trokach, położonych 150 km od granicy z Polską i 30 km od stolicy Litwy. Na zwiedzanie zabytków tej największej po Wilnie atrakcji turystycznej Litwy, mogliśmy przeznaczyć zaledwie jeden dzień. Zachwycił nas zamek, położony na wyspie na jeziorze Galwe, nazwany przez Krzyżaków „małym Malborkiem”, a także  żółte, zielone i błękitne karaimskie domy z białymi, najczęściej trzema, oknami. Późnym popołudniem wjechaliśmy do Wilna, aby następnego dnia z samego rana pokonać granicę z Białorusią w Miednikach. 

Wjazd samochodem na Białoruś

Mimo obaw, przejechaliśmy przez przejście bez przeszkód, nasze dokumenty i wypełnione na granicy deklaracje, w tym deklaracja czasowego wjazdu samochodu, nie wzbudziły zastrzeżeń. Uskrzydleni życzliwością obsługi granicznej przejechaliśmy kilka kilometrów do stacji benzynowej, przy której znajdował się punkt obsługi klienta, gdzie zaopatrzono nas w pomiarowe urządzenie elektroniczne (OBU), umożliwiające podróżowanie po płatnym systemie dróg. Wypożycza się je za kaucją, na podstawie umowy, w jednym z punktów obsługi klienta rozmieszczonych przy wjazdach i wyjazdach z płatnych odcinków dróg oraz pomiędzy nimi. Opłaty są pobierane tylko w rublach białoruskich. Teraz mogliśmy już ruszyć w głąb kraju. 

Informacje praktyczne - urządzenie OBU

Podczas montażu urządzenia należy zwrócić uwagę na rodzaj szyby w samochodzie. W przypadku szyb metalizowanych urządzenie należy montować jedynie na „wykropkowanej” (przepuszczalnej dla fal radiowych) powierzchni w pobliżu lusterka wstecznego. W przypadku braku stref przepuszczalnych dla fal radiowych należy wykupić urządzenie pomiarowe z anteną zewnętrzną. Jeżeli podczas przejazdu pod bramką poboru opłat urządzenie nie zadziała, trzeba udać się do najbliższego punktu obsługi. Kara za brak opłaty wynosi 200 euro za każdą strefę poboru opłat. Kontroli poboru opłat dokonuje białoruska Inspekcja Transportowa. Pełna informacja na ten temat znajduje się na stronie białoruskiego operatora Beltoll.

Informacje praktyczne - samochodem po Białorusi

Na terenie Białorusi międzynarodowe prawo jazdy nie jest wymagane, natomiast milicja bardzo skrupulatnie kontroluje posiadanie przez kierowców obowiązkowego wyposażenia samochodu (apteczka, trójkąt ostrzegawczy, koło zapasowe), ważnego przeglądu technicznego oraz ubezpieczenia (tzw. zielonej karty). W apteczce samochodowej, w zestawie środków medyczno-opatrunkowych nie może zabraknąć m.in. 10-procentowego roztworu amoniaku, walidolu (lek nasercowy), jodyny, bandaży sterylnych i elastycznych, waty, plastrów opatrunkowych, opaski uciskowej bądź gumowego węża uciskowego, nożyczek z zaokrąglonymi końcówkami, rękawiczek chirurgicznych czy też chusteczek higienicznych. Stan apteczek samochodowych może być sprawdzany wyrywkowo zarówno przez białoruską straż graniczną jak i przez patrole milicji drogowej. W razie stwierdzenia uchybień i nieprzestrzegania zasad ruchu drogowego wymierzane są kary. 

Główne drogi Białorusi są szerokie, dobrze utrzymane i oznakowane, z wyjątkiem poboczy, które nocą są słabo widoczne. Podczas jazdy należy zachować dużą ostrożność, gdyż bardzo często się zdarza, że po autostradzie poruszają się piesi i zwierzęta domowe lub leżą na niej porzucone duże przedmioty. W nocy największym zagrożeniem są nieoświetlone pojazdy stojące na pasach ruchu. Miejscowi kierowcy, choć z reguły nie jeżdżą szybko, są dość niefrasobliwi: normą jest wolna jazda szybkim pasem ruchu, nieużywanie świateł (nawet po zmroku) i kierunkowskazów, gwałtowne skręcanie z niewłaściwego pasa lub wymuszanie pierwszeństwa przejazdu. Należy ściśle przestrzegać limitów prędkości, wprowadzanych znakami drogowymi. Dla samochodów osobowych, samochodów z przyczepą oraz ciężarowych poniżej 3,5 t wynoszą one:

    • w terenie zabudowanym – 60 km/h,
    • poza terenem zabudowanym – 90 km/h,
    • na autostradach – 110 lub 120 km/h.

Kierowcy powinni uwzględniać częste radarowe kontrole prędkości.

Oszmiana

Pierwszym większym miastem na naszej drodze była Oszmiana. Pamiętałam tę nazwę z opowiadań mamy.

Historia Oszmiany

Historia Oszmiany sięga XIV wieku. W czasach II Rzeczypospolitej była stolicą powiatu w województwie wileńskim. W okresie międzywojennym działały tu zakłady przemysłowe, funkcjonował teatr i gimnazjum im.Jana Śniadeckiego. Przy ulicy Piłsudskiego znajdował się szpital państwowy, liczący 60 łóżek. W mieście pracowało 15 lekarzy. We wrześniu 1939 r. Oszmianę zajęła Armia Czerwona. Miasto i jego mieszkańców dotknął okres przymusowej sowietyzacji. Sowiecka administracja kontrolowała miejscową gospodarkę, życie społeczne i kulturalne. Na wielu mieszkańców spadły represje, aresztowania i zsyłki w głąb ZSRR. 15 stycznia 1940 r. Oszmiana została stolicą rejonu w granicach obwodu wileńskiego. W 1941 r. miasto zajęli Niemcy. Utworzyli getto, w którym przeprowadzali akcje likwidacyjne ludności pochodzenia żydowskiego. W lipcu 1944 r. Oszmiana przeszła z powrotem pod kontrolę sowiecką. Została miastem rejonowym w obwodzie mołodeczańskim (od listopada 1960 r. – w obwodzie grodzieńskim).

W Oszmianie znaleźliśmy placówkę banku białoruskiego, gdzie wymieniliśmy euro na ruble białoruskie i staliśmy się na chwilę milionerami, ponieważ 1 euro warte było wówczas ponad 20 000 rubli.

Denominacja rubla białoruskiego

1 lipca 2016 r. nastąpiła denominacja białoruskiego rubla. Wprowadzone zostały nowe banknoty i monety. Skala denominacji wyniosła 1:10 000, tzn. jeden nowy białoruski rubel ma wartość 10 000 starych rubli. Do obiegu wprowadzonych zostało siedem nowych banknotów o nominałach 5, 10, 20, 50, 100, 200 i 500 rubli, a także osiem monet: 1, 2, 5, 10, 20 i 50 kopiejek oraz 1 i 2 ruble. 1 nowy rubel białoruski warty jest około 2 złotych. Warto przygotować sobie tabelkę z wartością poszczególnych banknotów, ułatwi to orientację.

Spokojni o stan naszych finansów ruszyliśmy ulicą Sowiecką, przy której zobaczyliśmy lśniącą bielą Cerkiew Zmartwychwstania, z błyszczącymi dwiema wieżami i błękitnymi dachami. Cerkiew zbudowano w latach 1873–1883.  Zamknięta została w 1964 r. i zdewastowana (zdjęto kopuły, zburzono dzwonnicę, we wnętrzu urządzono magazyn). Po odrestaurowaniu (1988–1990) przywrócono obiektowi funkcje sakralne.

Dowodem sowietyzacji Oszmiany są nazwy ulic, oprócz Sowieckiej jest też ulica Dzierżyńskiego. Niedaleko stoi pomnik Lenina, co specjalnie nas nie zdziwiło. Zaskoczył nas natomiast znak drogowy ze wskazaniem, że 100 metrów dalej znajdziemy się na ulicy Mickiewicza, która w czasie wojny była w granicach getta.

W pobliżu dostrzegliśmy wieże kościoła, wewnątrz którego trwały prace remontowe. Kościół św. Michała Archanioła wybudowany został ze środków króla Władysława Jagiełły na początku XV wieku. Współczesny kształt zyskał podczas renowacji w latach 1900-1906 w stylu baroku wileńskiego. Od 1950 r.  w budynku kościoła działała fabryka, msze wznowiono w 1990 r. Weszliśmy do środka w trakcie polskiej mszy pogrzebowej.

Skansen Zabroddzie

Celem naszej podróży było Mołodeczno, gdzie miałam nadzieję odszukać krewnych ze strony mojej mamy. Najpierw jednak ruszyliśmy do naszego skansenu/muzeum w Zabroddziu, 60 km od Oszmiany. Zakwaterowano nas w jednej z chat na terenie skansenu, w której były dwie izby z oryginalnymi, białoruskimi sprzętami, piecem i toaletą w drewnianym domku niedaleko chaty. Na terenie skansenu były jeszcze autentyczna funkcjonująca stuletnia łaźnia, stodoła z miejscem do spania na sianie, muzeum samochodów cywilnych i wojskowych, a nawet samoloty.  Na powitanie czekała na nas na stole buteleczka samogonu, chleb i kiszone ogórki.

Gospodarz okazał się niesłychanie miły, gościnny i uczynny. Kiedy opowiedzieliśmy mu o celu podróży, dał nam swojego GPS-a, żebyśmy mogli dotrzeć pod jedyny ostatni adres w Mołodecznie, jaki mi pozostał na kopercie listu, sprzed ponad trzydziestu lat, od siostrzenicy mojej mamy. W 2015 r. aplikacje na komórki nie miały szczegółowych map Białorusi, wskazywały jedynie główne drogi.

Mołodeczno

Do Mołodeczna było 30 km. GPS zaprowadził nas na ulicę Leśną. Zadzwoniliśmy do bramy, wyszła pani, która nie miała pojęcia, dokąd wyprowadziła się poprzednia właścicielka. Wiedziała tylko, że jej córka pracowała w banku w centrum miasta. Pojechaliśmy więc miasta.

Historia Mołodeczna

Historia Mołodeczna sięga XIV wieku. Na kartach historii miasteczka pojawiło się wiele znanych postaci: wielki kanclerz litewski Lew Sapieha, podkomorzy żmudzki Stanisław Szemiott, Michał Kazimierz Kociełł, podskarbi litewski, Tadeusz Ogiński, kasztelan trocki i pisarz litewski, jego syn Franciszek Ksawery Ogiński. W wyniku drugiego rozbioru Polski w roku 1793, Mołodeczno weszło w skład Imperium Rosyjskiego (powiat wilejski). W 1812 r. przez Mołodeczno przemaszerowały wojska napoleońskie, wracające spod Moskwy. Cesarz Francuzów zatrzymał się w pałacu Ogińskich, przenocował tu i porzucił resztki wielkiej armii.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., Mołodeczno znalazło się w granicach II Rzeczpospolitej, w województwie wileńskim, jako siedziba wiejskiej gminy Mołodeczno. Od września 1922 r. do września 1939 r. miasto było garnizonem 86 Pułku Piechoty. W kampanii wrześniowej 1939 r., w której brał udział mój ojciec, pułk walczył w składzie 19 Dywizji Piechoty. 17 września 1939 r. Mołodeczno zostało włączone w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. 25 czerwca 1941 r. zostało zajęte przez wojska hitlerowskie. W północno-wschodniej części miasta, przy ulicy Maksima Gorkiego (Zamkowej), został utworzony Stalag Nr 342 – obóz jeniecki. Do czerwca 1944 r. w obozie zginęło 33 150 osób. Mołodeczno zostało wyzwolone 5 lipca 1944 r. przez wojska Trzeciego Frontu Białoruskiego. Od 1960 r. należy do obwodu mińskiego.

Gdy wjechaliśmy do centrum miasta, było już późne popołudnie. Nie mieliśmy nadziei na odszukanie kogokolwiek z krewnych, tym bardziej, że bank już był zamknięty. Postanowiliśmy rozejrzeć się po mieście. Z podróży sprzed lat pamiętałam jedynie budynek cerkwi i gmach dworca kolejowego. Mołodeczno w czasie wojny przechodziło z rąk do rąk, mama wspominała o bombardowaniach, przed którymi chronili się w wykopanym w ogrodzie schronie. W czasie II wojny światowej zniszczone bądź spalone zostały 363 budynki mieszkalne i 755 użytkowych, dwa drewniane budynki szpitalne na 80 łóżek i lecznica chorób zakaźnych na 40 łóżek, budynki przychodni, polikliniki dziecięcej, budynek sanepidu i piętrowa miejska apteka, budynek żłobka na 40 miejsc i dwie szkoły. Zburzony został mołodeczański węzeł kolejowy. W mieście zachowało się zatem niewiele historycznych budowli. 

Zapamiętana przeze mnie Cerkiew Wstawiennictwa Najświętszej Bogurodzicy została zbudowana w latach 1867-1871 w stylu charakterystycznym dla świątyń prawosławnych końca XIX wieku i jest to jedyna świątynia z tego okresu. Pozostałe cerkwie i kościoły zostały wzniesione po 1990 r., są to więc współczesne budowle, niemniej imponują ciekawą architekturą i wielkością.

Budynek dworca kolejowego został wzniesiony w 1907 r. w charakterystycznym dla początku XX wieku stylu architektonicznym. W mojej pamięci zachował się jako ciekawy, ale szary i raczej zaniedbany budynek. Tymczasem zobaczyliśmy piękny, okazały, zadbany obiekt, znakomicie zachowany i utrzymany. Patrząc na tory kolejowe, myślałam o rodzicach, którzy stali na tym peronie w mroźny, styczniowy dzień 1945 r. i czekali na transport do Polski. 

Obeszliśmy centrum miasta, szukając miejsca na obiad. Na głównej ulicy znaleźliśmy tylko bar w stylu lat 80-tych, w którym zdecydowaliśmy się bez entuzjazmu coś zjeść. Sfotografowaliśmy pomnik Lenina na Placu Centralnym i Jana Pawła II przed kościołem katolickim i ruszyliśmy na noc do naszego skansenu, łapiąc w obiektywach aparatów zachodzące słońce. 

Okolice Mołodeczna

Następnego dnia, po śniadaniu z pięciu jaj (nas było czworo), sadzonych na boczku, smacznym wprawdzie, ale trochę mało obfitym, pojechaliśmy do miasta. W informacji bankowej zapytaliśmy o krewną, podając tylko jej imię i imię i nazwisko jej matki oraz to, że nic więcej o niej nie wiemy i że jesteśmy z Polski. Sympatyczny pan zadzwonił do długoletniej pracownicy banku, która wszystko o wszystkich powinna wiedzieć. I rzeczywiście, mimo że córka naszej krewnej pracowała w innym oddziale tego banku i tego dnia miała dzień wolny, odnaleziono ją i powiadomiono o naszym przyjeździe. Przedpołudnie spędziliśmy z odnalezioną rodziną, wzruszeni ich gościnnością. 

Mając lokalnego przewodnika w osobie siostrzenicy mojej mamy, najbliższej mi krewnej, pojechaliśmy do miejsc, które pamiętałam i które najbardziej wiązały się z historią mojej rodziny. Utkwiły mi w pamięci zwłaszcza Bojary, wieś pod Mołodecznem, w której urodziła się moja mama. Tam pokazałam moim córkom miejsce, gdzie stał jej dom rodzinny. Dzięki obecnym mieszkańcom mogliśmy także wejść do domu jej brata, w którym byłam jako dziecko. Spotkaliśmy tam też staruszkę, miała być żoną wujka, którego nie znałam i tego epizodu nie pamiętałam. Obok, we wsi Damasze, mieszkała rodzina brata mojego dziadka. Pozostała z tego okresu jedna, kolorowa chata w ogrodzie pełnym kwiatów.

Na pobliskim cmentarzu znaleźliśmy w gąszczu chwastów mogiły mojej cioci z mężem. Groby dziadków zostały zniszczone podczas budowy zapory  wodnej, w wyniku której powstało jezioro pod samą wsią. Wracaliśmy do Zabrodzia zadowoleni i szczęśliwi, że nasza wyprawa na Białoruś nie pozostanie wyłącznie krajoznawczą wycieczką. 

Przed białoruską chatą

W skansenie czekał na nas obiad w postaci czerwonego barszczu i ziemniaczanej kiszki, której smak pamiętałam z rodzinnego domu. Gospodarz zaprosił nas do obejrzenia eksponatów w muzeum, mogliśmy także popróbować spania na sianie, a na następny, ostatni już wieczór, zaproponował nam kąpiel w białoruskiej stuletniej bani (łaźni), opalanej drewnem, wyposażonej w witki brzozowe do chłostania. Zrobiliśmy jeszcze sesję zdjęciową pod białoruską chatą, na wzór zdjęć, które miałam w rodzinnym albumie.

Wycieczka do Mińska

Droga z Zabroddzia do Mińska prowadziła przez wsie, których nazwy pamiętałam z dzieciństwa:  Tatarszczina, Miasota, Kościuszki, Radoszkowicze. W Miasocie mój ojciec dzierżawił młyn, który spłonął w czasie wojny. Nieco ponad 100 km pokonaliśmy w około 1,5 godziny. Samochód zaparkowaliśmy w pobliżu mińskiego dworca głównego, gdzie przywitały nas dwie socrealistyczne, bliźniacze wieże – Wrota Miasta. Na jednej z  wież zamontowany jest zegar o średnicy 3,5 metra, największy na Białorusi, na drugiej herb Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Historia Mińska

Historia Mińska sięga XI wieku. Od 1101 r. był stolicą księstwa mińskiego, od około 1300 r. wszedł w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, a po unii lubelskiej w 1569 r. był częścią Rzeczpospolitej Obojga Narodów. W 1664 r. miasto trzy razy odwiedził król Jan II Kazimierz Waza. Pod koniec XVII wieku miasto było ufortyfikowane wałami ziemnymi, znajdował się w nim zamek starosty, murowany dwór Hlebowicza oraz liczne klasztory. W latach 1700–1710 wzniesiono nowy kościół jezuitów, od 1798 kościół katedralny pw. Imienia Najświętszej Maryi Panny. W 1708 r. miasto zostało spalone przez Rosjan na rozkaz cara Piotra I,  potem okupowane przez armię rosyjską. Po II rozbiorze Polski od 1793 r. Mińsk znajdował się pod zaborem rosyjskim. W czasie I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej miasto przechodziło z rąk Niemców, polskich i białoruskich mieszkańców, w ręce bolszewików, by na krótko od sierpnia 1919 r. do lipca 1920 r. przebywać pod polską administracją.

W 1920 r. Mińsk został włączony do ZSRR i po II wojnie światowej, po odbiciu przez Armię Czerwoną z rąk hitlerowskich, pozostał stolicą Białoruskiej SSR. Miasto było całkowicie zniszczone i zostało na nowo zbudowane jako idealne, socjalistyczne miasto, prezent od Stalina. Od 1991 r. Mińsk jest stolicą suwerennej Republiki Białorusi oraz centrum politycznym i kulturowym białoruskiego narodu. Dzień 3 lipca, upamiętniający datę wyzwolenia terenów Białorusi przez Armię Czerwoną spod okupacji niemieckiej (3 lipca 1944), jest świętem narodowym Białorusi. 

Na przestrzeni wieków swojej historii Mińsk był wiele razy całkowicie niszczony, nie pozostało w nim zatem dużo zabytków przeszłości. Są w nim natomiast wielkie place, szerokie arterie, ogromne pałace, muzea, gigantyczne budynki, parki, wiele pomników i symboli minionej epoki. W mieście uderzająca jest niesamowita czystość, spokój i porządek. 

Nasza wycieczka do Mińska wypadła 3 lipca, a więc w największe święto Białorusi. Przyjechaliśmy w południe, mocno grzało lipcowe słońce. Główne uroczystości państwowe już się skończyły, ale na głównej arterii miasta, Prospekcie Niepodległości, jeszcze wiele się działo. Szliśmy tą aleją, czując się trochę jak przed laty w kraju w święto pierwszomajowe. Ulice i place udekorowane czerwonymi i zielonymi flagami, kolorami Białorusi, wielkie plakaty z napisami „3 lipca” i „Święto Niepodległości”, na placach i w parkach dzieci w ludowych strojach, mnóstwo czerwonych kwiatów na skwerach.

Przy alei Niepodległości znajdują się główne państwowe i, nawiązujące do komunistycznej przeszłości, budowle i pomniki: ponury budynek siedziby białoruskiego KGB i pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, Plac Październikowy z ogromnym Pałacem Republiki, Plac Niepodległości z Domem Rządowym i pomnikiem Lenina, budynkiem magistratu i uniwersytetu mińskiego oraz hotelem Mińsk. W podziemiach pod powierzchnią placu wybudowano trzykondygnacyjne centrum handlowe Stolica. Z wielkimi szarymi rządowymi budynkami, zaraz za kopułą fontanny, na której umieszczono trzy wzlatujące w niebo ptaki, kontrastuje czerwony katolicki kościół świętych Szymona i Heleny z figurą Jana Pawła II przed budynkiem. Na końcu alei Niepodległości znajduje się Plac Zwycięstwa z majestatycznym obeliskiem, na szczycie którego błyszczy radziecka gwiazda z napisem Pabieda – Zwycięstwo. 

Przeszliśmy przez most na drugą stroną alei Niepodległości, gdzie w parku odbywały się występy dzieci, w licznych kramach sprzedawano lody, napoje, jedzenie i watę cukrową. Wokół niedalekiego gmachu cyrku stały figury, przedstawiające postacie występujące na arenie. Ponieważ zaczął doskwierać nam głód i pragnienie, usiedliśmy w przyjemnej restauracji ze stolikami na ulicznym patio, gdzie zjedliśmy pyszne, gorące, chrupiące draniki (placki ziemniaczane) ze śmietaną i wypiliśmy kwas chlebowy.

Nieoczekiwane spotkanie

Wracaliśmy przez nowoczesne osiedla mieszkaniowe Mińska, zabudowane ogromnymi wieżowcami. Przed Mołodecznem zauważyłam tablicę z napisem Ciurle. We wsi tej mieszkała rodzina nieżyjącego już syna mojej cioci, u których gościłam wraz z mamą podczas mojego drugiego pobytu na Białorusi w 1970 r. Zatrzymaliśmy się przy niewielkim sklepie koło szosy. Weszłam do środka i zapytałam, czy ktoś zna może wdowę. Odezwał się klient sklepu, mówiąc, że tak, to córka bohaterki Związku Radzieckiego z racji zasług w pracy w ówczesnym kołchozie. Wskazał mi kobietę, wkładającą butelkę mleka do koszyka. W pierwszej chwili nie poznałam jej, ona natomiast ze słowami: ”Irena, ty takaja krasiwaja była” wyściskała mnie i poleciła jechać za sobą i jej rowerem. Znowu poprosiłam o zawiezienie na mogiłę jej męża i matki, a gdy wróciliśmy z cmentarza, zostaliśmy przyjęci z niesamowitą gościnnością, “czym chata bogata”, przez całą rodzinę, która w tym czasie się zbiegła. Wizyta była niestety krótka, bo w naszym skansenie czekał rozpalony piec w białoruskiej łaźni.

Powrót na Litwę

Po śniadaniu i spacerze po okolicy oraz zrobieniu ostatnich fotek ruszyliśmy w stronę granicy. W tym samym punkcie obsługi klienta oddaliśmy nasze samochodowe urządzenie kontrolne i otrzymaliśmy zwrot kaucji oraz niewykorzystaną kwotę opłaty za przejazdy. Ponieważ rubli białoruskich nie można wywozić, zatankowaliśmy na stacji benzynowej do pełna. Zostało nam jeszcze parę tysięcy rubli, które wydaliśmy w sklepie wolnocłowym na granicy, bogato zaopatrzonym, szczególnie we wszelkiego rodzaju alkohole. Przejazd przez przejście graniczne zajął niestety około trzech godzin, ale wyłącznie z powodu kolejki oczekujących na wyjazd. 

Pozostawiliśmy Białoruś za sobą z przeświadczeniem, że musimy tu jeszcze kiedyś wrócić. Mieliśmy zbyt mało czasu, żeby dotrzeć do wszystkich tych miejsc, których nazwy pamiętałam z opowiadań mamy. Nie próbowaliśmy nawet odnaleźć śladów mojego ojca. On sam urodził się w Krewie, może jeszcze gdzieś tam dzieci jego rodzeństwa udałoby się odszukać. Białoruś przez lata była krajem, gdzie czas się zatrzymał, a mieszkańcy nigdzie nie wyjeżdżali. W miastach i wsiach, mimo ogromu kataklizmów, które nawiedziły ten kraj, znaleźć można wiele wspaniałych zabytków architektury i kultury, a Białorusini to niezwykle gościnni ludzie. 

Tadeusz Konwicki tak pisał o Białorusi:

„Nie wryłaś się w ludzką pamięć, Białorusi. Nie odbierałaś innym wolności, nie rabowałaś cudzej ziemi, nie mordowałaś ludzi zza sąsiedzkiej miedzy. Miałaś dla obcych szacunek i gościnny kołacz, miałaś dla rabusiów ostatnią krowę i ostatnią kromkę żytniego chleba ze znakiem krzyża, miałaś dla nieszczęśliwych krwawiące serce i biedne niepieszczone życie do oddania. Dlatego mało kto Ciebie pamięta.”

My zapamiętamy i na pewno tutaj wrócimy.

Amasra widok na miasto

Tureckie wybrzeże Morza Czarnego

Wybrzeże Morza Czarnego ciągnie się wzdłuż całej północnej granicy Turcji. Jego wschodnią część, z miastami Rize i Trabzon, opisałam w poprzedniej relacji, poświęconej Górom Pontyjskim. Ostatni etap naszej wycieczki wiódł wzdłuż morza, do miasta Amasra, a stamtąd do Stambułu.

Jadąc z klasztoru Sumela na wybrzeże, mijaliśmy już nieco mniej zalesione zbocza górskie, tamy i sztuczne jeziora. Jedną z ciekawostek była miejscowość Özkürtün. Na jej rogatkach, obok wielkiego napisu – nazwy miasta, poustawiano naturalnych rozmiarów figury zwierząt gospodarskich i ludzi, a do jednej z liter była przywiązana żywa koza.

Giresun

Po południu dotarliśmy do Giresun. Historia miasta sięga VI w. p.n.e., ale najstarszym zachowanym zabytkiem są ruiny zamku z czasów pontyjskich. Zbudowano go na wzgórzu, nad zatoką w północnej części miasta. Z fortecy zachowała się centralna wieża i część połączonych z nią murów. Zamek został przebudowany na początku XIV w. i był wtedy jednym z umocnień Imperium Trabzonu, mającym chronić go przed Turkami.

Z murów roztacza się widok na miasto i morze, a zalesiony teren wokół wieży jest popularnym miejscem pikników. W najwyższym punkcie zamku pochowano kilku ważnych Turków, m.in. osobistego ochroniarza Atatürka.

Po obejrzeniu twierdzy zeszliśmy do centrum miasta, gdzie znaleźliśmy zadaszoną uliczkę z restauracjami, idealne miejsce na obiad.

Giresun i pobliskie Ordu słyną z upraw orzechów laskowych, których Turcja produkuje najwięcej na świecie. Na centralnym placu miasta stoi pomnik zbieraczy orzechów, a okoliczne sklepy sprzedają je pod różnymi postaciami, od bardzo świeżych, jeszcze z liściastą otoczką, przez łuskane, do wyrobów z orzechami.

Nasz kolejny hotel mieścił się w nowszej części miasta. Był to butikowy obiekt z motywami muzycznymi, w którym mieściło się tylko kilka pokoi i centrum spa. Pokoje nazwano dźwiękami z gamy: Do, Re, Mi…, a prysznic i umywalka w łazience miały wycięcia w kształcie instrumentów muzycznych, które można było podświetlić w różnych kolorach. Skorzystaliśmy z sauny i hammamu, które szczęśliwie mieliśmy tylko dla siebie.

Ordu

Rano pojechaliśmy do Ordu. Zaparkowaliśmy na jednym z wielkich darmowych parkingów przy stacji kolejki linowej, największej atrakcji miasta. Zbudowana w 2012 r. kolejka ma 2350 m długości  i prowadzi z centrum miasta na szczyt 500-metrowego wzgórza Boztepe. Ze wzgórza roztacza się panoramiczny widok na Ordu i wybrzeże Morza Czarnego. Na szczycie mieszczą się sklepiki z pamiątkami, knajpki i hotel. Bilet w obie strony kosztuje 9 lir.

Samsun

Po wycieczce na Boztepe i krótkim spacerze po centrum Ordu, ruszyliśmy do Samsun. To największe miasto na tureckim wybrzeżu Morza Czarnego, w którym mieszka ponad pół miliona osób. Mimo kilku tysięcy lat historii, najbardziej znane jest z wydarzeń z początku XX w. W 1919 r. Mustafa Kemal Atatürk został tam wysłany dekretem sułtana, aby nadzorować proces rozwiązania armii osmańskiej, zarządzony przez mocarstwa Ententy okupujące stolicę i nadzorujące osmański rząd. Mustafa Kemal, w towarzystwie 22 oficerów, 25 żołnierzy i 8 pracowników administracyjnych, płynął w trudnych warunkach z Konstantynopola, na starym parowcu Bandırma, z niedziałającym kompasem, i zawinął do Samsun 19 maja 1919 r. Wbrew rozkazom rządu osmańskiego, zawiązał tu turecki ruch narodowy, który po prawie 4 latach doprowadził do proklamacji Republiki Turcji. Data przypłynięcia Atatürka do Samsun uważana jest za początek wojny o niepodległość Turcji.

Statek Bandırma uległ zniszczeniu krótko po wojnie, ale jego replika stoi w nadmorskim parku niedaleko centrum miasta. Park był pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy. Oprócz statku, stoją tam jeszcze płaskorzeźby upamiętniające wydarzenia z wojny o niepodległość oraz armata, torpeda, miny podwodne i samolot wojskowy. Wstęp na teren parku kosztuje 2 liry. W niewielkim muzeum na pokładzie statku, znajdują się woskowe figury Atatürka i jego towarzyszy, wyposażenie okrętu i mapy. 

Po obejrzeniu statku pojechaliśmy do centrum miasta. Na zatłoczonych ulicach trudno było znaleźć miejsce postojowe, a wjazd na podziemny parking był zablokowany. W końcu zatrzymaliśmy się w miejscu teoretycznie płatnym. Jednak w Turcji nie ma parkometrów. Jeżeli chodzący po ulicach parkingowy podejdzie, to się płaci. Jeśli akurat nie ma go w pobliżu, parkuje się za darmo i nie trzeba obawiać się mandatu. Okolica przypominała mi Stambuł w miniaturce: wszędzie tłumy ludzi i stojące w korkach samochody. 

Obeszliśmy ścisłe centrum i odwiedziliśmy Gazi Müzesi, muzeum dedykowane Atatürkowi. Budynek hotelu Mıntıka Palas, zbudowanego na początku XX w., był opuszczony, gdy w 1919 r. Atatürk przybył do miasta. Władze postanowiły zakwaterować go w nim wraz z jego świtą i przeznaczyć gmach na jego siedzibę jako inspektora armii. Po wojnie o niepodległość, budynek został mu podarowany. Atatürk przebywał tu kilkakrotnie. Po jego śmierci, pierwsze piętro zostało przekształcone w muzeum, a na parterze działała biblioteka, a później teatr kameralny. Obecnie cały budynek jest muzeum, dostępnym za darmo. Na parterze znajduje się galeria ze zdjęciami z okresu od 19 maja 1919 do proklamowania Republiki oraz broń i ubrania wodza. Na piętrze eksponowane są rzeczy Atatürka, jego sypialnia i gabinet.

Synopa

Po krótkim odpoczynku, herbacie i słodkiej przekąsce w cukierni, pojechaliśmy do naszego celu na ten dzień, do Synopy (Sinop). Wysunięty w morze cypel był idealnym miejscem na port morski. Na miejscu osady założonej już przez Hetytów, w VII w. p.n.e. greccy osadnicy z Miletu założyli miasto, które rozwinęło się jako ważny port, biło własną monetę, a nawet zakładało własne kolonie.  Z Synopy pochodził grecki filozof Diogenes. Przez wieki miasto przechodziło z rąk do rąk, aż w XV w. zdobył je sułtan Mehmed II. W 1853 r., w czasie wojny krymskiej, odbyła się tu znana bitwa morska, w której Rosja pokonała flotę turecką. Obecnie miejscowość, w której żyje ok. 50 tys. osób, jest popularnym miejscem wypoczynku dla mieszkańców Stambułu i Ankary.  

Dotarliśmy do Synopy późnym popołudniem. Turystyczne centrum miasteczka, ciągnące się wzdłuż południowego brzegu cypla, pełne było ludzi i samochodów. Szczęśliwie zobaczyliśmy jedyne wolne darmowe miejsce przy samej promenadzie portowej. Szybko, ponieważ było tuż przed zamknięciem, przeszliśmy do więzienia, mieszczącego się po drugiej stronie starówki. Więzienie, będące obecnie muzeum, jest jedną z atrakcji miasta. Pobudowano je w XIX w. wewnątrz starej fortecy i było jednym z najstarszych w Turcji. Poeci i pisarze tureccy, którzy odsiadywali w nim swoje wyroki, opisywali je w swoich dziełach. Po zamknięciu, służyło za plan zdjęciowy popularnych tureckich seriali. Więzienie zrobiło na nas przygnębiające wrażenie, tym bardziej, że w środku zobaczyliśmy nawet budynek, w którym przetrzymywano dzieci.

Znacznie przyjemniejszym miejscem była południowa, zewnętrzna część fortecy. Pierwsze fortyfikacje zbudowali tu już osadnicy z Miletu. Wielokrotnie rozbudowywane mury mają 18 m wysokości i 3 metry szerokości. Zachowało się 11 wież strażniczych, wysokich na 22 m. Z fragmentu murów, na który można wejść, rozciąga się widok na port i miasto.

Po zwiedzaniu poszliśmy na obiad. Synopa słynie z mantı, pierożków ravioli z farszem mięsnym, polanych jogurtem lub posypanych siekanymi orzechami. Porcja kosztuje ok. 22 liry. Po jedzeniu usiedliśmy w herbaciarni przy porcie. Stało tam sporo statków wycieczkowych, oferujących krótkie, ale kosztujące jedynie 10 lir, rejsy wzdłuż wybrzeża. Po zachodzie słońca przeszliśmy typową portową promenadą, pełną straganów z pamiątkami i przekąskami, głównie gotowaną kukurydzą.

W Synopie nie było zbyt dużo miejsc noclegowych do wyboru, więc tym razem mieszkaliśmy w tanim pensjonacie na skraju miasta. Pokój był mały, prosto urządzony, a łazienka miniaturowa. Ale serwowano dobre śniadanie na tarasie na dachu, z ładnym widokiem na morze.

Zatoka Hamsilos i przylądek İnceburun

Rano objechaliśmy cypel dookoła i pojechaliśmy do zatoki Hamsilos. Miejsce, leżące zaledwie 11 km od Synopy, nazywane jest jedynym fiordem w Turcji. W rzeczywistości jest to zatoczka o nieco spadzistych brzegach porośniętych lasem. Ładnie zagospodarowana, z drewnianymi pomostami, przystaniami dla łodzi, jest obszarem chronionym i popularnym miejscem wypoczynku mieszkańców Synopy. 

Kawałek dalej znajduje się najbardziej wysunięty na północ skrawek Turcji, przylądek İnceburun. Prowadzi do niego wąska droga, którą w pewnym momencie zablokowało stado krów. Kierowca samochodu jadącego przed nami wysiadł i z trudem rękami przepychał je z drogi, bo nie reagowały na klakson. Gdy wracaliśmy tą samą drogą, krowy były już bardziej skłonne do przepuszczenia samochodu i po prostu przemaszerowały obok. 

Na skraju skalistego cypla İnceburun stoi latarnia morska z XIX w. Biała wieża ma 12 m wysokości i przylega do niej jednopiętrowy budynek latarnika. Latarnia nadal działa i jest obsługiwana od pięciu pokoleń przez tą samą rodzinę. Można do niej podejść, ale wnętrze jest niedostępne dla zwiedzających. 

Droga do Amasry

Z İnceburun ruszyliśmy w drogę wzdłuż wybrzeża do Amasry. GPS wskazywał kilka szybszych tras drogami w głębi lądu, ale wcześniej w przewodniku i w internecie przeczytałam, że droga prowadząca nad morzem jest jedną z najpiękniejszych, a nieznanych tras widokowych. Licząc na widoki na miarę Australii czy Kaliforni, nalegałam, żebyśmy się nią przejechali. I to był błąd. Trasa, teoretycznie krótsza niż pozostałe, wiodła na szczęście mało uczęszczaną, ale złej jakości krętą drogą, prowadzącą po zboczach wzgórz. W przeważającej części nie było nawet widać morza, a opisywane w internecie pluskające się w wodzie delfiny można było sobie co najwyżej wyobrazić. Jazda przez 5 godzin po serpentynach była bardzo męcząca, brakowało miejsc, żeby gdzieś stanąć i zrobić zdjęcie. Do kilku opisywanych w przewodniku miasteczek trzeba by było zjechać z głównej drogi.

W końcu, kawałek przed Amasrą wyjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Zdecydowaliśmy się zostawić zwiedzanie miasta na następny dzień i pojechaliśmy do pobliskiego Bartın  gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel.

Bartın

W Bartın mieliśmy spędzić dwie noce, ponieważ na koniec wyprawy zależało mi na krótkim odpoczynku i pobycie na plaży. Miasto, mimo ponad 3 tysięcy lat historii, nie ma jakichś szczególnych zabytków. Przepływa przez nie rzeka, wzdłuż której rozciąga się park. Przypomina to trochę stary kanał bydgoski. Gdzieniegdzie w mieście można zobaczyć stare drewniane osmańskie domy. Trafiliśmy na targ tureckich produktów, głównie spożywczych, gdzie mogliśmy spróbować wędlin, kawy, lokum czy moich ulubionych çiğ köfte. Nieopodal znaleźliśmy restaurację, która miała w nazwie „Urfa”, tak jak sprawdzone przez nas restauracje w Antalyi, więc wstąpiliśmy tam na obiad. I nie żałowaliśmy, bo mieli duży wybór kebabów, bogate zakąski i przystępne ceny.

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, miał przyjemne centrum spa i też spełnił nasze oczekiwania. Był nawet lepszy od 4-gwiazdkowego Mercure w Stambule, w którym nocowaliśmy później.

Amasra

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Amasry i wypoczynek na plaży. Amasra jest najładniejszym miejscem na tureckim wybrzeżu Morza Czarnego. To małe miasteczko, liczące tylko 7 tys. mieszkańców. Ma ładne, piaszczyste, miejskie plaże i dwie wyspy. Na Wielką Wyspę prowadzi most, na niezamieszkałą Wyspę Króliczą można dotrzeć tylko łodzią.

Na stałym lądzie działa przyciągający turystów bazar z pamiątkami i port, z którego odpływają statki wycieczkowe. Kamienny most prowadzi na wyspę, na której pobudowano otoczoną bizantyjskimi murami twierdzę. Obecnie większą część terenu za murami zajmują budynki mieszkalne. Z herbaciarni na szczycie wzgórza można podziwiać Wyspę Króliczą, plażę i centrum miasta. Na lądzie warto pochodzić po starych uliczkach i poszukać małego bizantyjskiego kościoła z IX w.

Po obejrzeniu miasteczka, poszliśmy do portu, gdzie zjedliśmy balık ekmek, smażoną rybę w pszennej bułce. Jest to popularne danie w miejscach, gdzie można dostać świeże ryby, np. na moście Galata w Stambule.

Plaża İnkumu

Po lunchu pojechaliśmy na plażę. Wybraliśmy İnkumu, na zachód od Bartın. Była sobota, więc na wielkim parkingu ledwo znaleźliśmy wolne miejsce. Za to na plaży miejsca było pod dostatkiem. Wszystkie udogodnienia, przebieralnie, toalety i prysznice były płatne, a leżaki i parasole dwa razy droższe niż nad Morzem Śródziemnym. Plaża była szeroka i piaszczysta, a woda znacznie chłodniejsza niż na południu Turcji. Było ciepło i słonecznie, ale wietrznie.

Na obiad wróciliśmy do Bartın, a rano ruszyliśmy do Stambułu.

Droga do Stambułu

Niedaleko Bartın leży kolejna turecka perełka, miasteczko Safranbolu. Ponieważ byliśmy tam dwa lata temu, tym razem je ominęliśmy. Pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża i zatrzymaliśmy się na chwilę w Zonguldak, ponieważ zainteresowały mnie internetowe zdjęcia bramy stojącej w wodzie, sprawiającej wrażenie starożytnej. Na miejscu okazało się, że w regionie wydobywa się węgiel kamienny, a brama z XIX w. należy do kompanii węglowej.

W porze lunchu zatrzymaliśmy się w mieście Akçakoca. Miałam ochotę na kokoreç, ale żaden z nadmorskich barów ich nie serwował, więc musiałam zadowolić się lahmacunem. W czasie krótkiego spaceru wzdłuż wybrzeża zobaczyliśmy nowoczesny meczet o niespotykanym kształcie.

Mimo niedzielnego popołudnia, autostrada z Ankary do Stambułu nie była bardzo zatłoczona. Chciałam uniknąć męczącej jazdy przez centrum miasta, dlatego zarezerwowałam nocleg w hotelu w dzielnicy biznesowej po azjatyckiej stronie. Ponieważ niedaleko znajduje się wioska Polonezköy, postanowiliśmy skorzystać z okazji i ją odwiedzić.

Polonezköy

Polonezköy (lub Adampol) to osada polskich imigrantów na obrzeżach Stambułu. Została założona w XIX w. przez byłych uczestników powstania listopadowego. Z inicjatywy ks. Adama Czartoryskiego nabyto nieuprawiane tereny, na których pobudowano wieś. Oprócz powstańców osiedlano tu także wykupionych z niewoli tureckiej i czerkieskiej polskich jeńców. Przez sto lat, otoczony lasami Adampol był oazą kultury staropolskiej. Ale obecnie, z powodu rozrostu Stambułu i wchłonięcia wsi do miasta, żyje tam tylko kilkadziesiąt osób pochodzenia polskiego.

Polonezköy nadal otoczone jest lasem, a przez wieś biegnie jedna ulica. Mieszczą się przy niej drogie restauracje w formie zajazdów ze stołami na zewnątrz, do których przyjeżdżają mieszkańcy Stambułu. Znaleźliśmy tablicę z napisami po polsku i polski cmentarz, na którym powtarzały się nazwiska kilku rodzin. W pobliżu, w gęsto zarośniętym, zamkniętym ogrodzie stoi kościół p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej. Dowiedzieliśmy się później, że jest otwierany tylko na sobotnie nabożeństwa, kiedy przyjeżdża polski ksiądz. W wiosce jest też domek-muzeum Zofii Ryży, z rodzinnym zbiorem mebli, książek i fotografii oraz sklepik z pamiątkami.

Zapytaliśmy o kogoś, kto mówi po polsku i wskazano nam panią w restauracji, faktycznie posługującą się językiem, jakby nigdy nie wyjeżdżała z ojczyzny. Odpowiedziała na nasze pytania dotyczące wioski, ale nie wydawała się specjalnie zadowolona, może nie lubi występować w roli ciekawostki muzealnej.

Stambuł

Lot powrotny miałam następnego dnia po południu, dlatego po wymeldowaniu z hotelu pojechaliśmy do pobliskiego centrum handlowego, żeby pograć w kręgle. Kręgielnie są popularne w Turcji, w dużych miastach można je bez problemu znaleźć. W strefie food court znaleźliśmy też restaurację serwującą zestawy kokoreç i midye, więc przed wylotem udało mi się jeszcze raz zjeść ulubione dania.

Na lotnisko pojechaliśmy Mostem Fatih (Mehmeda Zdobywcy), nazywanym drugim mostem bosforskim. Podobnie jak pierwszy most bosforski, przeznaczony jest tylko dla samochodów osobowych. Autobusy i ciężarówki muszą korzystać z najnowszego, leżącego najbardziej na północ, Mostu Sułtana Selima.

Na lotnisko, leżące na niezagospodarowanym terenie, biegnie wielopasmowa droga szybkiego ruchu. Wokół i na samym lotnisku nadal trwają intensywne prace budowlane. Przed budynkiem terminala stoi, nie ukończony jeszcze, duży meczet. Sam układ terminala międzynarodowego bardzo przypomina lotnisko Atatürka, tylko hala odlotów jest większa.

Trasa, którą pokonaliśmy w ciągu 10 dni była męcząca, a plan zwiedzania bardzo ambitny. Przejechaliśmy prawie 4000 km. Najciekawsze miejsca, do których na pewno wrócimy, zobaczyliśmy na samym początku i na końcu wycieczki. To Amasya, Synopa i Amasra. Chciałabym też wrócić do Kars, może kiedyś, przy okazji wycieczki w okolice góry Ararat.

Post scriptum, czyli pan pan medical

Start samolotu do Warszawy opóźnił się o godzinę z powodu burz nad Europą. W pewnej chwili, gdy przelatywaliśmy nad Rumunią, stewardesa zapytała przez mikrofon, czy na pokładzie jest lekarz. Już wiedziałam, co to oznacza. Lekarz się znalazł, ale kilka minut później podano komunikat, że z powodu choroby pasażera, będziemy lądować w Bukareszcie. Nieprzytomną pasażerkę wyniesiono na tył samolotu i po kilkunastu minutach byliśmy na ziemi.

W czasie kołowania stewardesa powiedziała, że postój potrwa 20 minut. Jasne, pomyślałam, co najmniej godzinę, a pewnie dwie. Lekarka weszła na pokład, ale zamiast zabrać pasażerkę do karetki na badanie, zapytała, jak się czuje. A dziewczyna, która już odzyskała przytomność, stwierdziła, że już nic jej nie dolega, do szpitala nie pojedzie i chce lecieć dalej. Przyszedł kapitan i ze 20 minut trwała awantura, płacz, krzyki i tłumaczenia, bo powiedział, że jej nie zabierze. W końcu udało się ją wysadzić z całą rodziną, po czym trzeba było wypakować ich walizki. Póżniej okazało się, że jednak trzeba samolot dotankować. To zajęło następne pół godziny, bo trzeba było jeszcze czekać na asystę straży pożarnej, konieczną przy tankowaniu samolotu z pasażerami na pokładzie.

Gdy byliśmy gotowi do uruchomienia, pilot ogłosił, że będą coś resetować i że to chwilę potrwa. Po dłuższej chwili odezwał się ponownie i poinformował, że z powodu usterki technicznej zostajemy w Bukareszcie. Jednak, po kolejnych 15 minutach, gdy już czekaliśmy na podstawienie autobusów, coś pstryknęło i zaraz potem ogłoszono, że jednak lecimy.

Wylądowaliśmy w Warszawie z ponad 3-godzinnym opóźnieniem. Przez to nie zdążyłam na ostatni tego dnia lot do Krakowa i, po noclegu w hotelu na koszt Lotu, doleciałam następnego ranka.

Wiatrak w twierdzy Kastellet

Kopenhaga w 2 dni

Gościnny wpis mojej siostry Marty.

Na zwiedzenie Kopenhagi miałam właściwie 2 dni – przyleciałam w sobotę późnym popołudniem, a w poniedziałek po 17-tej wracałam. W mieście jest wiele atrakcji wartych obejrzenia, pobyt musiałam więc dobrze rozplanować, wybrać, co mnie najbardziej interesuje. Oczywiście wiele zależy od pogody, ale nawet przy tak krótkim pobycie, zobaczenie najbardziej znanych miejsc w Kopenhadze w dwa dni jest jak najbardziej możliwe. 

Nyhavn

By nie tracić czasu, postanowiłam rozejrzeć się po mieście wieczorem po przylocie. Zupełnie przypadkowo stwierdziłam, że pojadę na dworzec Nørreport i stamtąd przejdę się do Nyhavn. Jest to najbardziej znana atrakcja stolicy Danii, która przez cały czas tętni życiem. Rząd kolorowych kamienic położonych nad kanałem, o zmierzchu jest ładnie oświetlony. Pozostała część wybrzeża jest już dość ciemna i pusta. Jedynie usytuowana na drugim brzegu kopenhaskiego portu opera wygląda imponująco.

Okolice Kastellet

Główny dzień zwiedzania miałam bardzo dokładnie zaplanowany. Zaczęłam od dworca Østerport, z którego jest najbliżej do słynnej twierdzy Kastellet. Zbudowana na planie pięciokątnej gwiazdy, otoczona fosą i bastionami, jest rzeczywiście ciekawa. W środku znajdują się m.in. kościół, dawne więzienie, XIX-wieczny młyn i wojskowe baraki. Warto się tam udać na spacer, zwłaszcza, że wstęp jest bezpłatny.

Do cytadeli prowadzą dwie bramy. Północna była zamknięta, poszłam więc wybrzeżem do południowej. Po drodze natrafiłam na spory tłum turystów. Mogło to oznaczać tylko jedno – to miejsce, gdzie znajduje się kolejny z symboli miasta, posąg małej syrenki. Rzeźba jest rzeczywiście niewielka, więc po krótkim przystanku na zdjęcia, udałam się dalej. 

Wybrzeże obfituje w liczne ciekawe rzeźby. Praktycznie przed samym wejściem do Kastellet warto zwrócić uwagę na fontannę Gefion, przedstawiającą nordycką boginię orzącą ziemię z pomocą swoich synów przemienionych w woły. Kawałek dalej, przed budynkiem Państwowego Muzeum Sztuki, znajduje się spory pomnik czarnoskórej, zbuntowanej królowej („I am Queen Mary”). O rzeźbie można przeczytać tutaj. 

Od Amalienborg po Christiansborg

Idąc wzdłuż wybrzeża, doszłam do Amalienborg – oficjalnej rezydencji duńskiej rodziny królewskiej. Muzeum znajdujące się wewnątrz można zwiedzać (95DKK). By uniknąć kolejek, bilet warto kupić wcześniej przez Internet. Tłum turystów na placu przed pałacem informował o kolejnej atrakcji Kopenhagi – uroczystej zmianie warty. 

Tuż za pałacem znajduje się XVIII-wieczny Kościół Fryderyka (znany też jako Kościół Marmurowy). Jego kopułę widać z daleka, jest zresztą największą w całej Skandynawii. Warto zajrzeć na chwilę do środka (wstęp bezpłatny), by przyjrzeć się sklepieniu i organom.

Po krótkiej wizycie w kościele, udałam się do znanej mi już ulicy Nyhavn, a stamtąd ponownie wybrzeżem do kolejnego pałacu – tym razem Christiansborg, położonego na „Wyspie Zamkowej”. Jest to dawna siedziba królów Danii, w której obecnie znajduje się parlament. Zupełnie przypadkowo zauważyłam wejście na wieżę. Okazało się, że wjazd windą na taras widokowy jest bezpłatny. Rozciąga się stamtąd fantastyczny widok na okolicę i całą Kopenhagę. 

Zaczynało zbierać się na deszcz, postanowiłam więc zwiedzić pałac. Bilet do wszystkich atrakcji kosztował 160 DKK (ok. 90zł). W cenę wchodziły sale zamkowe (m.in. jadalnia czy sala tronowa), podziemia, kuchnia i stajnie. Jeśli interesuje nas tylko jedno z tych miejsc, to bilety można kupić też osobno. Poza tym wstęp do kaplicy zamkowej jest bezpłatny. 

Przed wejściem do pałacowych komnat trzeba założyć ochraniacze na buty, a torby zostawić w zamykanej szafce (bezpłatnie). Wszędzie wolno robić zdjęcia. Ciekawie zorganizowana jest wystawa w kuchni – wszystko wygląda tak, jakby za chwilę mieli tam wrócić kucharze. Słychać nawet odgłosy gotowania. W stajniach, poza pięknymi powozami, można też podziwiać wspaniałe, żywe, białe konie paradne. W niewielkim muzeum znajduje się jedna z dziwniejszych atrakcji – najstarszy na świecie wypchany koń.

Okolice Tivoli

Między pałacem a ogrodami Tivoli znajduje się Duńskie Muzeum Narodowe z podobno ciekawą wystawą na temat wikingów. Niestety, nie miałam już na nie czasu. Otwarte jest do 17-tej, wstęp kosztuje 90 DKK (50zł), a ja miałam jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia na swojej liście, więc ruszyłam dalej.

Doszłam do wejścia do ogrodów Tivoli – parku rozrywki, niestety zamkniętego o tej porze roku. Po drugiej stronie ulicy, na placu ratuszowym, znajduje się pomnik Hansa Christiana Andersena. Przed ratuszem akurat odbywał się koncert z okazji otwarcia nowych stacji metra. Z wieży ratusza również można podziwiać panoramę miasta. Ja jednak postanowiłam przejść się ulicą Strøget – jednym z najdłuższych deptaków handlowych w Europie. Mieści się tam cała masa sklepów, restauracji i barów.

Spacerując, doszłam do okrągłej wieży – ostatniego punktu mojego programu tego dnia. Jest to najstarsze funkcjonujące obserwatorium astronomiczne w Europie. Wstęp kosztuje 25 DKK (14zł) i zdecydowanie warto się tam udać. Wieża nie jest wysoka, a wejście jest dość łatwe (szerokie i niezbyt strome), a widok na miasto imponujący. Na koniec można jeszcze zajrzeć do sali z teleskopem.

Nyboder, Rosenborg i ogród botaniczny

Drugi dzień zwiedzania również rozpoczęłam od dworca Østerport, ale tym razem udałam się w przeciwną stronę, do dzielnicy z klimatycznymi pomarańczowymi domami. To Nyboder, dzielnica szeregowców, zbudowanych w połowie XVIII w. dla żołnierzy Królewskiej Duńskiej Marynarki Wojennej. 

Idąc pomiędzy rzędami budynków, doszłam do XVII-wiecznego pałacu Rosenborg. Przy ładnej pogodzie warto udać się na spacer po otaczających go terenach zielonych. Znajduje się tam pomnik Andersena i ogród różany. Sam zamek również wygląda bardzo ciekawie. Bilet wstępu kosztuje 115 DKK (istnieje możliwość połączenia Rosenborg z Amalienborg za 160 DKK – bilet taki ważny jest przez 36 godzin). Od północnej strony z pałacem graniczy ogród botaniczny. Zajrzałam tam na chwilę. Gdyby pogoda była lepsza, może pospacerowałabym dłużej. Znajduje się tam palmiarnia, „dom motyli” i Muzeum Geologiczne.

Ukryta „atrakcja” Kopenhagi

Poszłam dalej na północ, przez most, do dzielnicy niezbyt uczęszczanej przez turystów. Kierowałam się do niezwykłego parku, mało znanej atrakcji stolicy Danii. Kiedy go wreszcie znalazłam, na początku myślałam, że jest zamknięty, później jednak znalazłam główną bramę i zobaczyłam pana jeżdżącego wewnątrz na rowerze. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest to nie tylko park, ale też… cały czas używany cmentarz. Dokładnie Cmentarz Assistens (Norrebro), na którym pochowanych jest kilku znanych Duńczyków, między innymi pisarz Hans Christian Andersen czy filozof Søren Kierkegaard.

Cmentarz sprawia wrażenie jednocześnie zadbanego i zaniedbanego. Groby są pochowane w roślinności, pomniki czasem przewrócone, a jednocześnie wypielęgnowane, a żywopłoty równo przycięte. W parku można spacerować i jeździć na rowerze, widziałam również pana, który na ławce jadł lunch.

Z odnalezieniem grobu Andersena nie miałam większych problemów. Znajduje się on praktycznie przy samej południowej bramie, a droga do niego jest dobrze oznakowana strzałkami. Jest to też jedna z nielicznych mogił, na której widziałam kwiaty.

Trudniej było znaleźć miejsce wiecznego spoczynku Kierkegaarda. Znajduje się ono na najstarszej części cmentarza i można by je przeoczyć, gdyby nie tabliczka informująca, że to rzeczywiście tutaj. Nie ma kwiatów, a płyta z nazwiskiem jest tylko oparta o pomnik. 

Z cmentarza pieszo wróciłam do Nørreport, gdzie jeszcze trochę się pokręciłam, zanim pojechałam na lotnisko.

Zwiedzając Kopenhagę w dwa dni, trzeba nastawić się na sporo chodzenia, bo centrum miasta jest duże, a miejsc do obejrzenia wiele. Kapryśna pogoda może utrudnić fotografowanie. Ale miasto warte jest odwiedzenia, zwłaszcza przez osoby zainteresowane architekturą i sztuką miejską.

Nyhavn - kanał i ulica w centrum Kopenhagi

Pomysł na City Break – Kopenhaga

Gościnny wpis mojej siostry Marty.

Stolica Danii była na mojej liście miejsc do odwiedzenia już od pewnego czasu. Kiedy więc trafiłam na dość sporą promocję w Ryanair na koniec września, wiedziałam, że muszę z niej skorzystać. Jest to doskonały pomysł na weekendowy wypad za granicę. Martwiłam się trochę o pogodę, ale nie było tak źle.

Przelot

Bilety w obie strony z Londynu (gdzie mieszkam) kupiłam za niecałe 30 funtów (ok. 145 zł). Promocje tego typu zdarzają się dość często, warto więc na nie polować. Wylot był w sobotę po południu, powrót w poniedziałek po 17tej. Z Polski do Kopenhagi można dolecieć bezpośrednio z Warszawy, Gdańska, Krakowa, Poznania, Szczecina i Wrocławia. Połączenia oferują linie Ryanair, Norwegian, LOT i SAS, a w promocji można trafić na bilety już za 19 zł w jedną stronę.

Lotnisko

Port lotniczy Kopenhaga-Kastrup położony jest stosunkowo blisko centrum, bo tylko ok. 8 km na południowy wschód. Jest on największym pod względem liczby pasażerów portem lotniczym w Europie Północnej i cały czas się rozwija. Obecnie składa się z trzech terminali, z czego jeden zarezerwowany jest do obsługi lotów krajowych. Mój samolot został postawiony na jednym z dalszych krańców terminala drugiego, gdzie widać było intensywne prace modernizacyjne.

Sam budynek jest dość duży z obszernymi halami, masą sklepów, restauracji i kawiarni. Jest też bardzo dobrze oznaczony, nie miałam więc problemów z poruszaniem się. Lotnisko posiada własną aplikację – CPH Airport, na którą trafiłam przypadkowo. Pozwala ona śledzić nasz lot i na bieżąco dostawać powiadomienia o aktualnym jego statusie. Nie trzeba np. szukać monitorów z numerami bramek – kiedy taka zostanie przypisana do naszego lotu, zostaniemy o tym automatycznie poinformowani. Na mapie będziemy mogli zobaczyć też, gdzie to jest i jak daleko my się znajdujemy. W ten sposób można też znaleźć interesujący nas sklep w strefie wolnocłowej.

Poruszanie się po mieście

Z lotniska do centrum można łatwo dostać się komunikacją miejską. Do wyboru są autobusy, pociągi lub metro. Ja zdecydowałam się na ten trzeci sposób. Wszystko jest bardzo dobrze oznaczone i bez problemu dotarłam na stację.

Na lotnisku w Kopenhadze zatrzymują się też pociągi dalekobieżne, więc bez przesiadki można dostać się stamtąd do Malmö czy Göteborga.

Bilet kupiłam kilka dni wcześniej przez Internet. Zdecydowałam się na 72-godzinny City Pass Small (na strefy 1-4) dostępny na stronie Din Offentlige Transport. Kosztował on 200 DKK (106zł) i dostałam go smsem kilka minut po zakupie. Istnieje też aplikacja (DOT Mobilbilletter), za pomocą której można taki bilet kupić i wyświetlać. Oczywiście, jeśli wolimy, bilety można kupić po przylocie, w jednym z automatów przed wejściem na stację. W Kopenhadze nie ma bramek przy wejściu do metra, zdarzają się jednak kontrole w trakcie jazdy.

Jeśli mamy zamiar zwiedzać dużo płatnych atrakcji, można pomyśleć o Copenhagen Card. Jest to opcja droższa, ale w cenie mamy wstępy do większości miejsc. Przed wyjazdem warto ściągnąć sobie aplikację Rajseplanen (odpowiednik polskiego Jakdojadę), dzięki której w łatwy sposób znajdziemy sposoby dojazdu do interesujących nas miejsc. Na lotnisku dostaniemy też darmowe plany miast.

Po centrum miasta poruszałam się pieszo. Kopenhagę można bez problemu obejść. Oczywiście, jeśli wolimy, najpopularniejszym środkiem transportu są rowery. Praktycznie na każdym kroku znajdują się wypożyczalnie lub stanowiska rowerów miejskich. Dostępne są także elektryczne hulajnogi. Ścieżki rowerowe są nawet szersze i lepsze niż chodniki.

Zakwaterowanie

Jak wszystkie kraje skandynawskie, Dania jest dość droga. Znalezienie noclegów w przystępnej cenie nastręczyło mi trochę problemów. Najtańsze hostele zaczynały się od ok. 100 zł za łóżko w pokoju 16-osobowym, pokoje w hotelu od 250 zł. Na jednej ze stron trafiłam nawet na opcję spania w namiocie. W końcu zdecydowałam się na skorzystanie z Aribnb. Za dwie noce zapłaciłam ok. 300 zł. Pokój był malutki, ale czysty i cichy. Znajdował się na obrzeżach miasta, ale do centrum miałam tylko kilka przystanków pociągiem. Moją uwagę zwróciły tam skrzynki na listy, na których napisane były imiona i nazwiska wszystkich osób mieszkających w danym domu. Często ozdobione zabawnymi rysunkami, przedstawiającymi mieszkańców.

Posiłki

W Kopenhadze bez problemu znajdziemy coś do zjedzenia na każdą kieszeń, chociaż ceny i tak będą wyższe niż w Polsce. Jeśli nie chcemy wydawać dużo, praktycznie na każdym rogu znajdują się małe knajpki z pizzą, kebabami, falafelami czy burgerami (także dość tanimi „slow-burgerami”). Jeśli wolimy zjeść w restauracji (w której będzie drożej), słynie z nich jedna z atrakcji turystycznych – ulica Nyhavn, położona przy kanale o tej samej nazwie. Za rybę z frytkami zapłaciłam tam 129 DKK (ok. 75zł).

Przechadzając się uliczkami miasta, mój wzrok przykuło bardzo ciekawe miejsce – Paludan Bogcafé, najstarsza duńska kawiarnio-księgarnia, położona naprzeciwko budynków uniwersytetu w centrum miasta. Miejsce cieszy się bardzo dużą popularnością i trudno było znaleźć wolny stolik. Oprócz kawy i ciast, serwowane są tam również ciepłe posiłki i alkohole. A ceny są nawet dość przystępne – danie dnia (kurczak w sosie z ryżem) kosztował mnie 95 DKK (55 zł).

Jedną z tradycyjnych duńskich potraw jest Smørrebrød, czyli otwarta kanapka składająca się zwykle z kromki ciemnego chleba, pokrytego przeróżnymi dodatkami. Na początku było to danie „dla biedoty”, często zabierane jako prowiant do pracy. Obecnie restauracje specjalizujące się w Smørrebrød możemy spotkać na każdym kroku. Ja dość przypadkowo trafiłam do Hallernes Smørrebrød znajdującej się w hali targowej niedaleko dworca Nørreport. Łatwo było ją zauważyć po gigantycznej kolejce chętnych i rzeczywiście pięknie prezentujących się kanapkach. Wszystkie robione były na świeżo, przy ladzie można było podpatrzeć proces produkcji, a składników nie żałowano. Ceny wahają się tam od 68 do 125 DKK (40-70 zł).

Płatności

W czasie mojego pobytu w Kopenhadze nie miałam gotówki, bo prawie wszędzie można płacić kartą. Korzystałam z darmowej wielowalutowej karty Revolut, która oferuje przewalutowania po kursie międzybankowym. Zrezygnowałam tylko z kupna ręcznie robionych magnesów na lodówkę, sprzedawanych niedaleko pomnika syrenki, bo było to jedyne miejsce bez terminala płatniczego. 

Plan zwiedzania i główne atrakcje miasta w drugiej części relacji z Kopenhagi.