blue-lagoon-entrance

Błękitna Laguna i Keflavik

Błękitna Laguna (Blue Lagoon) to ogromny basen wykuty w skale, głęboki na 1,4 metra, wypełniony morską wodą bogatą w krzemionkę, o temperaturze 39 stopni. Jest jedną z najpopularniejszych atrakcji wyspy. Woda jest mleczno-niebieska i matowa, i kontrastuje z czarnym polem lawowym, na którym leży basen.

Błękitna Laguna

Lot powrotny miałyśmy w środę po południu, dlatego na rano zarezerwowałam nam bilety do Błękitnej Laguny. Jest to czynny przez cały rok zewnętrzny basen termalny, położony 23 km od lotniska w Keflaviku. Jest otwarty niezależnie od warunków atmosferycznych, w ciągu ostatniej dekady zamykano go tylko 3 razy. Mimo to, lepiej trafić na ładną pogodę, bo siedzenie w basenie w deszczu to średnia przyjemność. My akurat miałyśmy szczęście, bo tego dnia wyszło słońce. 

Bilety do laguny trzeba zarezerwować na stronie internetowej z wyprzedzeniem, na konkretną godzinę. Bilet jest ważny do końca dnia, ale trzeba wejść w ciągu godziny, to znaczy jak bilet jest na 9tą, trzeba się zjawić do 10. Niestety ta atrakcja jest droga, my płaciłyśmy 12000 kr (385 zł) od osoby. W cenie jest maseczka z krzemionki i jeden napój.

W wodzie można siedzieć cały dzień, ale w praktyce po 2-3 godzinach nie ma już co robić. W basenie jest bar z napojami i drugi, z maseczkami. Poza tym jest tam tylko kilka saun i sala wypoczynkowa. Mimo, że wszystkie bilety rozchodzą się z wyprzedzeniem, to na basenie nie jest tłoczno, nieco gorzej jest w szatniach.

W Blue Lagoon nie mogło zabraknąć sklepu z produktami do ciała na bazie krzemionki. Ich ceny przyprawiają jednak o ból głowy.

 

Bogata w minerały woda filtruje się sama co 40 godzin i ma właściwości lecznicze. Nie niszczy strojów kąpielowych, ale bardzo trzeba uważać na włosy, ponieważ robią się szorstkie i wysuszone. Zaleca się pokrycie ich warstwą odżywki, dostępnej za darmo pod prysznicami, i upięcie długich włosów, żeby miały jak najmniej kontaktu z wodą. Mimo tych środków ostrożności, dopiero po powrocie do Polski, porządnym myciu, odżywkach i olejowaniu włosów, byłam w stanie je rozczesać.

Keflavik

Ponieważ do lotu powrotnego zostało nam kilka godzin, zajrzałyśmy do muzeum Viking World pod Keflavikiem. Muzeum jest małe, ale znajdują się w nim eksponaty związane z okresem pobytu wikingów na Islandii oraz 25-metrowa łódź, którą można zobaczyć nawet bez wchodzenia do środka. Zimą może nie warto kupować biletu, który kosztuje 1500 koron (online 10% taniej). Ale latem pewnie warto je zwiedzić, ponieważ częścią muzeum jest wioska z małymi domkami, w której mieszkają islandzkie zwierzęta. 

Keflavik jest małym miasteczkiem z jedną główną ulicą, prowadzącą przez nowe osiedla do starszego centrum, gdzie zatrzymałyśmy się na obiad. Trafiłyśmy do restauracji Malai Thai, gdzie ogromny i smaczny zestaw lunchowy dla dwóch osób kosztował nas nieco ponad 100 zł. 

Lotnisko w Keflaviku

Po jedzeniu pojechałyśmy na lotnisko, wcześniej tankując do pełna samochód. Bez trudu znalazłyśmy ogromy parking różnych wypożyczalni. Gdy chwilę czekałyśmy, żeby oddać auto, zauważyłyśmy, że 90% obsługi w Avisie stanowili Polacy, co zresztą potwierdził nam później kierowca schuttle busa. 

Port lotniczy Keflavik to największe lotnisko na Islandii, obsługujące prawie wyłącznie loty międzynarodowe. W 2018 roku przewinęło się przez nie prawie 10 mln pasażerów. Lotnisko ma jeden duży terminal (z odnogą) i dwa pasy startowe. Największym przewoźnikiem jest Icelandair, narodowa linia Islandii. 

Terminal jest przestronny, oczywiście są tu restauracje i sklepy wolnocłowe. Ceny pamiątek w sklepach na lotnisku nie odbiegają od cen w mieście. W środku i na zewnątrz terminala umieszczono dzieła sztuki nowoczesnej, przez co przyjemnie się go zwiedza.

Zainteresowanym polecam stronę internetową www.isavia.is, na której oprócz standardowych informacji o wszystkich lotniskach na wyspie, są również w bardzo przejrzysty sposób pokazane aktualne warunki meteorologiczne.

Z Keflaviku poleciałyśmy Easyjetem do Londynu Luton. Mimo, że przewoźnik pozwala zabrać na pokład tylko jedną sztukę bagażu, przed wejściem do samolotu nikt tego nie sprawdzał. Nie wiem, czy to lokalny standard, czy Easyjet poluzowuje swoją politykę, bo jeszcze niedawno w Niemczech restrykcyjnie tego przestrzegano.

Na Islandii spędziłyśmy 5 dni. Zobaczyłyśmy prawie wszystko, co zaplanowałyśmy, na więcej nie pozwoliła nam pogoda. W sumie przejechałyśmy samochodem 1200 km. Cała wyprawa kosztowała 6 tys. zł.

reykjavik-jezioro-tjornin

Reykjavik

Reykjavik to małe miasto, na jego obejrzenie wystarczy kilka godzin. Miałyśmy zarezerwowany pokój z aneksem kuchennym, kilka minut marszu od centrum. Dlatego samochód został na darmowym parkingu przy apartamencie, a my poruszałyśmy się pieszo.

Główne atrakcje

Centrum miasta skupia się wokół ulicy Laugavegur. Zabudowa nie przypomina północnoeuropejskich stolic, dominują niewysokie, różnokolorowe budynki, w których mieszczą się sklepy, głównie z pamiątkami, i bary/restauracje. W bocznych ścianach domów można zobaczyć sztukę uliczną. 

Najwyższym budynkiem miasta i drugim na Islandii jest ewangelicko-luterański kościół Hallgrimskirkja, budowany przez 41 lat i ukończony w 1986 roku. Charakterystyczna fasada ma przypominać skały, góry i lodowce Islandii. W słoneczny dzień warto wjechać windą na wieżę kościoła, z której rozpościera się widok na Reykjavik i okoliczne góry. Bilety kosztują 1000 kr. Nam niestety pogoda nie dopisała, przez niskie chmury i deszcz musiałyśmy zrezygnować z prawdopodobnie największej atrakcji miasta.

Przed kościołem stoi pomnik Leifa Erikssona, islandzkiego wikinga i odkrywcy, podarowany przez Stany Zjednoczone na 1000-lecie parlamentu.

Innym charakterystycznym budynkiem w centrum Reykjaviku jest Harpa, nowoczesna sala koncertowa i centrum konferencyjne, siedziba orkiestry symfonicznej i opery islandzkiej. Widziałyśmy ją tylko z daleka, stoi na wybrzeżu, kilkaset metrów od ulicy Laugavegur.

W samym centrum miasta znajduje się jezioro Tjörnin, nazywane The Pond, czyli Stawem. Jest domem dla ponad 40 gatunków ptaków i popularnym miejscem spędzania wolnego czasu.Jezioro otaczają kolorowe skandynawskie domy, od strony południowej przylega do niego park. W okolicy znajduje się też kilka muzeów. Na północnym krańcu jeziora wybudowano nowoczesny ratusz miejski. Niewielki biały kościół w pobliżu to luterańska katedra. Obok niej stoi niepozorny budynek parlamentu. My przeszłyśmy jeszcze zobaczyć przylegający do starówki fragment portu. Gdyby pogoda dopisała, z portu mogłybyśmy zrobić pięciokilometrowy spacer wzdłuż wybrzeża po Sculpture and Shore Walk.

Ponieważ w czasie naszego pobytu w Reykjaviku pogoda kompletnie się popsuła, przez cały dzień lało, zrezygnowałyśmy z przejazdu na północ do wodospadów Glymur i Barnafoss. Ograniczyłyśmy się do krótkiej wycieczki w stronę fiordu Hvalfjördur. Później chodziłyśmy po mieście. Mimo, że miałyśmy aneks kuchenny w pokoju, robiłyśmy tam tylko śniadania. W Reykjaviku można zjeść w miarę tanio. My byłyśmy w bistro Mai Thai (dania tajskie za 1500-2300 kr) i w barze Lebowski (burgery za 2000 kr). Inspiracją dla Baru Lebowski na ulicy Laugavegur był film The Big Lebowski braci Cohen.

W Reyjaviku nie ma zbyt wielu atrakcji, dlatego zdecydowałyśmy się zajrzeć do muzeum penisów. Niestety uważam, że jest to najgorsze muzeum na Islandii. Bilet kosztuje 1700 koron (50 zł), a w środku ogląda się zatopione w formalinie zwierzęce przyrodzenia poustawiane w kilku salkach. Za darmo można posłuchać przewodnika audio po angielsku, w wykonaniu założyciela muzeum. Niestety jego akcent i sposób opowiadania męczą już po kilku minutach. Są też wersje drukowane w różnych językach, w tym po polsku. Muzeum tylko dla pasjonatów biologii, wszystkim innym szczerze odradzam. Jedynym fajnym miejscem w muzeum jest sklepik, do którego można wejść z ulicy.

lodowiec-Vatnajokull-2

Drogą nr 1 przez południową Islandię

Na zwiedzanie południowego wybrzeża wyspy poświęciłyśmy półtora dnia. Pojechałyśmy na wschód, odwiedzając po drodze czarne plaże, jęzor lodowca i lagunę lodowcową, a później tą samą droga wróciłyśmy do Reykjaviku, zatrzymując się w miejscach, które z powodu ograniczeń czasowych wcześniej pominęłyśmy.

Skogar

Tego dnia miałyśmy przejechać najdłuższy odcinek, ok. 400 km. Zjadłyśmy śniadanie w hotelu, spróbowałyśmy tam lawowego chlebka. Podjechałyśmy do leżącego kilkaset metrów od hotelu imponującego wodospadu Skogarfoss. Poranek był pogodny, więc wspięłyśmy się po kilkuset stopniach na szczyt wzgórza, ponad wodospad. Rozpościera się stamtąd widok na góry i równinne wybrzeże. Później podjechałyśmy do muzeum Skogar. Nie miałyśmy w planach zwiedzania, chciałyśmy tylko zerknąć na przyległy do niego skansen. 


Wodospad Skogarfoss w zimowej odsłonie pojawił się w 1 odcinku 8 serii Gry o Tron.

Wrak DC-3

Jedną z atrakcji w pobliżu Skogar jest wrak samolotu DC-3, który rozbił się tam w 1973 r. Należy zostawić samochód na bezpłatnym parkingu przy drodze nr 1 i udać się na 4-kilometrowy spacer po płaskim lawowym pustkowiu. Jeżeli wieje lub pada, to takiej wycieczki nie polecam. Parking znajduje się po prawej stronie, 10 km za Skogar. Zaczynało już wiać, no i nie mogłyśmy poświęcić 2 godzin, więc ruszyłyśmy dalej, na cypel Dyrhólaey. 

Cypel Dyrhólaey

Droga na cypel wytyczona jest przez jezioro i gdy nią jechałyśmy, była częściowo zalewana przez wodę. Nieco dalej asfalt się kończy i odcinek na 120 -metrowe wzniesienie trzeba pokonać lawową gruntówką. Przez wiatr na górze trudno było ustać na nogach, a nadciągające chmury ograniczały widzialność, ale i tak widoki stamtąd są niezapomniane. Coś jak australijskie Great Ocean Road, tylko w wydaniu nordyckim. Na cyplu stoi latarnia morska, z morza wystają czarne skały i masywny łuk. Otaczające plaże są czarne, a w oddali piętrzą się góry i wulkany. 

Spod latarni morskiej przejechałyśmy na drugi punkt widokowy, położony niżej, oferujący lepszy widok na skały otaczające plażę Reynisfjara. Na parkingu są toalety, ale ponieważ parking jest bezpłatny, to za wc trzeba zapłacić.

Plaża Reynisfjara

Kolejnym przystankiem była Reynisfjara. Czarna plaża z jaskinią z bazaltowych kolumn przyciąga tłumy. Bywa tam niebezpiecznie ze względu na ogromne fale, przed czym ostrzegają tablice na parkingu. Wiatr i zacinający deszcz tylko spotęgowały dramatyzm tego miejsca.

Następny postój zrobiłyśmy kilka kilometrów dalej, w centrum handlowym na obrzeżach Vik. Stamtąd ruszyłyśmy w kierunku parku narodowego Vatnajökul. Droga prowadzi przez równinę Mýrdalssandur, uformowaną przez erupcje wulkanu Katla i dalej przez porośnięte mchem pola lawowe Eldhraun, stworzone ponad 200 lat temu przez wulkan Laki. 

Park narodowy Vatnajökul

Po południu dotarłyśmy do parku narodowego Vatnajökul. Ogromne języki lodowca widać już z daleka, z drogi nr 1. Zaparkowałyśmy przy Visitors' Centre i wybrałyśmy krótszą z dwóch tras prowadzących do lodowca. Na szczęście pogoda się poprawiła, przestało wiać i padać. Po około 20 minutach dotarłyśmy do błękitnego lodowca, leżącego przy ogromnej plaży. Między lodowcem a piaskiem jest jezioro z niewielkimi górami lodowymi.

Zimą organizowane są wycieczki z przewodnikiem do jaskiń w lodowcu. Za możliwość doświadczenia klimatów z „Gry o tron”  w czasie 2,5 godzinnej wyprawy trzeba zapłacić co najmniej 200 Euro od osoby.

Cała wycieczka na lodowiec zajęła nam ok 1,5 godziny. Gdybyśmy miały więcej czasu, poszłybyśmy jeszcze do popularnego, otoczonego bazaltowymi kolumnami wodospadu Svartifoss, nam jednak zależało na dotarciu przed zmrokiem do ostatniego punktu wycieczki, laguny lodowcowej Jökulsárlón.

Laguna Jökulsárlón

Laguna leży przy samej szosie, dojechałyśmy do niej po kilkudziesięciu minutach. Niestety znowu zaczęło padać, a co za tym idzie, robić się ciemno, dlatego szybko zrobiłyśmy zdjęcia błękitno-biało-szarych brył lodu, które po oderwaniu od lodowca nawet 5 lat unoszą się na wodach laguny, zanim najkrótszą rzeką Islandii dotrą do oceanu. Po lagunie organizowane są rejsy łodziami, co może być fajną atrakcją przy lepszej pogodzie i jak się ma więcej czasu.

10 km przed Jökulsárlón, 1 km od głównej drogi, leży bardziej kameralna laguna Fjallsárlón, której z powodu późnej pory nie udało nam się zobaczyć.

Droga nr 1

Droga nr 1 jest prosta i wąska, tzn ma po jednym pasie w każdym kierunku, bez poboczy. W okolicy lodowca widziałyśmy jeden samochód zakopany do połowy kół w lawowym żwirze na poboczu. Nie wiemy, czy kierowca chciał się tam zatrzymać, czy się zagapił, czy coś go zdmuchnęło, ale przypuszczalnie musiał później czekać na pomoc kilka godzin. Nawierzchnia drogi jest raczej dobrze utrzymana, chociaż na kilku krótkich odcinkach były ograniczenia prędkości z powodu dziur i ukruszeń. Trzeba wtedy uważać na kamyki spod kół poprzedzających pojazdów. Od czasu do czasu trafiają się mosty, nawet kilkusetmetrowe, na których jest tylko jeden pas ruchu i trzeba dobrze ocenić, czy można wjechać na most przed samochodem jadącym z naprzeciwka. Przy silnym wietrze niebezpieczne może być mijanie ciężarówek czy autobusów. Tych pierwszych spotkałyśmy tylko kilka, autokary trafiały się znacznie częściej. Na szczęście ruch w obie strony był mały, czasem przez kilka kilometrów nie było żywej duszy. 

In the middle of nowhere

Następny nocleg zarezerwowałam w hotelu Laki, mniej więcej w połowie drogi między laguną a Skogar, skąd wyruszyłyśmy. Dojechałyśmy już po ciemku. Hotel leżał 4 kilometry od głównej drogi, pośrodku niczego. Był to jedyny duży obiekt, w jakim nocowałyśmy, obsługujący grupy wycieczkowe. Znalezienie naszego pokoju w poplątanej numeracji i zamkniętych drzwiach oddzielających części hotelu, był nie lada wyzwaniem. Miałyśmy pokój ekonomiczny, więc bez wygód i z łazienką, której przydałby się remont, ale jak wszędzie było czysto i ciepło. Postanowiłyśmy zjeść w restauracji hotelowej. Obsługująca nas kelnerka zagadała w języku polskim. Dania z gatunku małe nic na wielkim talerzu, oczywiście w cenie adekwatnej do miejsca.

Za to śniadanie było najobfitsze ze wszystkich, które jadłyśmy. Dawali nawet gofry. Pan pokojowy, którego spotkałyśmy na korytarzu, też okazał się być Polakiem. Co ich przywiodło na takie odludzie?

Po wyjeździe na główną drogę, zatrzymałyśmy się na zdjęcie przy wodospadzie Systrafoss (wodospad sióstr) i na porośniętym mchem polu lawowym Eldhraun, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Minęłyśmy Vik i Skogar i podjechałyśmy do wodospadu Seljalandsfoss, po drodze robiąc zdjęcia wulkanicznych zboczy otaczających Skogar. 

Wodospad Seljalandsfoss

Wodospad Seljalandsfoss ma wysokość 60 m i jest widoczny z drogi nr 1. Można przejść ścieżką za wodospad, do dużej groty i podziwiać spadającą z góry wodę. Lepiej wrócić tą samą drogą, zanim ścieżka zacznie piąć się stromo w górę. Żeby nią wyjść z drugiej strony wodospadu, trzeba wspinać się po obłoconych, śliskich i wąskich kamieniach. Niektórzy ludzie przed nami mieli duże problemy z przejściem, a nie było już możliwości, żeby się wycofać.

LAVA Centre

20 km od wodospadu w stronę Reykjaviku, w miejscowości Hvolsvöllur, znajduje się warte odwiedzenia LAVA Centre. Jest to interaktywne centrum nauki z ekspozycjami o wulkanach i trzęsieniach ziemi. Można tu obejrzeć kilkunastominutowy film o erupcjach wulkanów. Bilety kosztują online 3200 kr (100 zł), na miejscu nieco więcej, a sam pokaz filmu 1200 kr.

Bliżej Reykjaviku droga nr 1 rozszerza się, miejscami do dwóch pasów w obu kierunkach i prowadzi w górę, na tyle wysoko, że przez pewien czas jechałyśmy w chmurze. Przed samym Reykjavikiem zjeżdża w dół i łączy się z drogą szybkiego ruchu prowadzącą do centrum miasta.

Thingvellir

Złoty Krąg

Przyleciałyśmy do Keflaviku w piątek wieczorem. Na lotnisku okazało się, że wiatr jest tak silny (porywy do 90 km/h), że nie można podstawić schodów i musimy czekać w samolocie, aż wiatr osłabnie. Podobno coś takiego jest na Islandii normalne. Na szczęście po kilkudziesięciu minutach udało nam się opuścić samolot i odebrać samochód z wypożyczalni.

Następnie pojechałyśmy do Hafnarfjördur, gdzie miałyśmy pierwszy nocleg. Miejsce nie miało recepcji, kilka dni wcześniej dostałam na maila kod do drzwi, informację gdzie jest klucz do pokoju i gdzie są produkty na śniadanie.

Rano zrobiłyśmy zakupy spożywcze na drogę i ruszyłyśmy na Złoty Krąg.

Złoty Krąg (Golden Circle) to popularna trasa turystyczna w południowo-zachodniej Islandii, obejmująca główne atrakcje tej części wyspy, do których można dotrzeć w ciągu jednego dnia ze stolicy kraju, Rejkyaviku: park narodowy Thingvellir, dolinę Haukadalur i wodospad Gullfoss na rzece Hvítá.

Park narodowy Thingvellir

Pierwszym punktem trasy był park narodowy Thingvellir. Znajduje się tam najważniejsze historycznie miejsce Islandii, gdzie w 930 r. Wikingowie ustanowili pierwszy demokratyczny parlament. Nie ma żadnych pozostałości z tego okresu, ale w Visitor Centre można obejrzeć prezentację na ten temat. Park leży na styku dwóch płyt tektonicznych, które, przesuwając się, tworzą kaniony i wąwozy. W parku znajduje się największe jezioro Islandii, Thingvallavatn.

Przeszłyśmy przez punkty widokowe i oblodzoną ścieżką do wodospadu Öxarárfoss. Mimo zimy w parku było dużo turystów, co pozwala przypuszczać, że latem muszą tam być tłumy.

Dolina Haukadalur

Kolejnym przystankiem na Golden Circle była dolina gejzerów. 60 km za parkiem narodowym Thingvellir, przy szosie znajduje się bezpłatny parking i duża restauracja, a po drugiej stronie zasnute parą pole. Są tam zarówno małe bąblujące oczka wodne, jak i większe parujące stawy, z największym, praktycznie uśpionym od stu lat Geysirem, ojcem wszystkich gejzerów. Na szczęście mniejszy gejzer, Strokkur, wybucha co 5-10 minut na wysokość od kilku do 30 metrów, dlatego zawsze jest otoczony wianuszkiem turystów z aparatami. Nam w czasie ok. pół godziny udało się zobaczyć kilka mniejszych i większych wybuchów.

Wodospad Gullfoss

Ostatnim punktem na trasie był położony kilka kilometrów dalej Gullfoss, „złoty wodospad”, najbardziej znany z islandzkich wodospadów. Składa się z dwóch kaskad, którymi woda wpada w sumie 32 metry w dół do kanionu. W XX wieku chciano wybudować tam hydroelektrownię, na szczęście z planów zrezygnowano i obecnie ten teren jest pod ochroną.

Islandzkie konie

Przy szosie, pomiędzy Geysirem a Gullfossem można zatrzymać się na parkingu i pogłaskać islandzkie konie. W trakcie wycieczki widziałyśmy wiele stad koni, ale to było jedyne miejsce, gdzie można było do nich podejść.

Konie islandzkie to rasa wyhodowana na Islandii, przez laików takich jak my mylona z kucami. W celu ochrony przed chorobami nie można ich importować, a wywiezione z kraju nie mogą wrócić. Jest to jedyna rasa konia na wyspie. Można je spotkać w hodowlach także w Europie i Ameryce Północnej. Ich charakterystyczną cechą jest umiejętność poruszania się dwoma dodatkowymi chodami. Wykorzystywane są do prac gospodarczych, niestety część hodowana jest również na mięso eksportowane do Japonii. Ale obecnie większość koni używana jest do rekreacji, pokazów i wyścigów.

Dojazd i zwiedzanie atrakcji Złotego kręgu zajęło nam 5 godzin. Przy lepszej pogodzie można by pochodzić dłużej po parku narodowym i wrócić na nocleg do Reykjaviku (110 km, 1,5 godziny). Jednak my jechałyśmy do Skogar, do następnego hotelu. Dotarłyśmy tam po 2 godzinach. W sumie zrobiłyśmy 260 km. Po zameldowaniu w hotelu, zdecydowałyśmy się na obiad w restauracji oddalonej o kilkaset metrów. Z powodu ulewy, wiatru i całkowitych ciemności przejechałyśmy tam samochodem. W menu, oprócz burgerów i makaronu, znalazłyśmy typowe dania islandzkie: jagnięcinę i ryby. Jednodaniowy obiad, bez dodatkowych napojów, bo woda, jak wszędzie, była gratis, kosztował 100 zł od osoby.

Islandia trasa

Islandia: informacje praktyczne

Na Islandię poleciałam z siostrą. Zaplanowałyśmy 5-dniową wycieczkę w końcu lutego, z pobytem w Reykjaviku i objazdem południowej części wyspy. 

Kilka słów o Islandii

Islandia jest wyspą o powierzchni 103 tys. km2, czyli 1/3 wielkości Polski. Została zasiedlona w IX wieku przez wikingów, później przechodziła pod rządy norweskie, duńskie, a w czasie II wojny światowej również brytyjskie. Od 1944 roku jest republiką. Obecnie zamieszkuje ją 350 tys. osób. W stolicy, Reykjaviku, mieszka 120 tys. osób, a w całym regionie stołecznym 220 tys., czyli 2/3 ludności kraju. Największą grupę imigrantów stanowią Polacy. Dominującą religią jest luteranizm.

Pogoda

Pogoda na Islandii jest nieprzewidywalna, więc nie można się nastawiać na śnieg zimą czy oglądanie zorzy polarnej. Są to raczej niespodziewane dodatki. Przez cały nasz pobyt wiało i / lub padało, jedynie ostatniego dnia wyszło słońce, a wiatr zelżał. Deszczowe chmury nie pozwoliły zobaczyć zorzy. Śnieg leżał tu i ówdzie, głównie na zboczach górskich. Słońce wstawało ok. 9, a zachodziło po 18. 

Przelot

Z Polski do Keflaviku można dolecieć bezpośrednio z Gdańska, Katowic, Warszawy i Wrocławia, a od jesieni 2019 r. również z Krakowa, liniami Wizzair. Aktualnie ceny (bez promocji, z małym bagażem podręcznym) zaczynają się od 300 zł w dwie strony. Lot trwa 4 – 4 i pół godziny.

Zakwaterowanie

Islandia postrzegana jest jako kraj drogi. Baza hotelowa jest ograniczona, stąd między innymi biorą się wysokie ceny zakwaterowania. Zawsze szukam własnego pokoju z łazienką, a ceny, które zobaczyłam na początku, zaczynały się od 400 zł za noc. W niektórych miejscach pokoje za 500-600 zł nie miały nawet łazienki. Ale po kilku wyszukiwaniach serwisy zaczęły mi pokazywać spersonalizowane super oferty dnia, a ceny niektórych hoteli spadły. W sumie zapłaciłyśmy średnio nieco ponad 300 zł za noc. Wszystkie noclegi rezerwowałam przez wyszukiwarkę hotels.com, która miała niższe ceny niż booking.com.

Wypożyczenie samochodu

Samochód zarezerwowałam w Avis za pośrednictwem serwisu Autoeurope. Wcześniej czytałam przestrogi, żeby nie wypożyczać małych aut, tylko duże 4×4, ze względu na warunki pogodowe i drogowe. Jako osoba z Polski, przyzwyczajona do jazdy zimą, mimo wszystko zdecydowałam się na pojazd wielkości volkswagena polo. Wyszłam z założenia, że nisko osadzony samochód, jednak nie z segmentu mini, będzie się lepiej trzymał drogi przy bocznych wiatrach niż wysoka, ale lekka terenówka w rodzaju suzuki jimny, a do tego będzie dużo tańszy. Poza tym na bezdroża i tak nie miałyśmy zamiaru się zapuszczać.

Na miejscu zamiast polo dostałyśmy hyundaia i20. Był wyposażony w opony z kolcami, które z powodu braku śniegu czy lodu okazały się zbędne. Podróżowanie samochodem tej wielkości nie było niebezpieczne, wiatr nas nie spychał, a i po kilku szutrowych drogach przejechałyśmy bez problemu.

Paliwo

Na wszystkich odwiedzonych stacjach paliw obowiązywał ten sam model płatności – kartą przed zakupem. Należało wybrać kwotę lub opcję „do pełna”. Ponieważ w samochodzie z wypożyczalni trudno ocenić zużycie paliwa, zwłaszcza gdy trzeba oddać auto z pełnym bakiem, za każdym razem tankowałam do pełna. Niestety wiązało się to z zablokowaniem na karcie 18.000 koron (ok. 570 zł). Różnica między kwotą do zapłaty, a zablokowaną, zwracana jest teoretycznie w ciągu 30 dni, ale w praktyce w ciągu kilku godzin.

Parkingi

Niektóre parkingi przy atrakcjach turystycznych są płatne, inne nie. W parku narodowym Thingvellir trzeba zapłacić 750 koron za dzień (24 zł), potwierdzenie wysyłane jest na maila. Wjazd na teren jest monitorowany, więc w razie niezapłacenia należy się liczyć z rachunkiem z wypożyczalni. Płaci się kartą w automatach. Tyle samo kosztuje parking przy lodowcu w parku narodowym Vatnajökul. Również przy wodospadzie Seljalandsfoss parking jest płatny (700 koron), tu kwitek z automatu kładzie się za szybą.

Przed płatnymi strefami są miejsca, gdzie można zostawić samochód, ale wiąże się to z krótszym lub dłuższym spacerem (kilkaset metrów). 

Przy innych wodospadach, gejzerach czy na czarnej plaży parkuje się za darmo, ale za to trzeba liczyć się z płatnością za toalety.

W centrum Reykjaviku parkingi są płatne. My mieszkałyśmy w apartamencie z darmowym parkingiem i po starówce poruszałyśmy się pieszo.

Zakupy i alkohol

Zakupy spożywcze warto robić w sklepach sieci Bonus albo Kronan (te z reguły otwierają się wcześniej i zamykają później niż Bonus). Ciekawostką w sklepach był brak typowych lodówek czy szaf chłodniczych – zamiast nich były zamknięte pomieszczenia, w których w niskiej temperaturze trzymano nabiał i owoce. 

W sklepach spożywczych nie sprzedaje się alkoholu, jedynie prawie bezalkoholowe, bo ok. 2,5-procentowe piwo. Jest to pozostałość po czasach prohibicji, wprowadzonej w 1915 r., obejmującej rownież wyroby tytoniowe. Zakaz produkcji i importu znoszono stopniowo, sprzedaż piwa zalegalizowano dopiero w 1989 roku. Obecnie alkohol można kupić jedynie w sklepach monopolowych Vinbudin. W Reykjaviku jest ich 14 i są otwarte od poniedziałku do soboty w godzinach 11-18, a poza stolicą można napotkać po jednym-dwa w zależności od wielkości miejscowości, ale otwarte są tylko przez kilka godzin dziennie, np. 14-18, albo nawet 16-18. Butelka piwa kosztuje od 300 kr (10 zł). Nam zależało na ciemnym piwie Lava, które dostałyśmy za 800 kr. Widziałyśmy też na polskie piwo Łomża i Lech. 

Piwo w pubie czy restauracji kosztuje ok. 800 kr w czasie Happy Hour za piwo jasne, normalnie od 1100 kr w górę (Lava – 1750 kr).

Płatności

Wszędzie, nawet w toaletach, można płacić kartą. Bez problemów korzystałyśmy z kart wielowalutowych. Zdarza się, na przykład na stacjach benzynowych, że terminale czytają dane z paska magnetycznego, więc przy płatności kartą Revolut trzeba najpierw wyłączyć zabezpieczenie blokujące tego rodzaju operacje.

Woda

Woda z kranu nadaje się do picia. W restauracjach normą jest, że kelner sam przyniesie dzbanek z wodą, lub stoją one gdzieś z boku do korzystania za darmo.

Ciepła woda z kranu prawie zawsze śmierdzi, ponieważ pobierana jest z gorących źródeł.