Antalya, Wieża Zegarowa na Kaleici

Turcja w czasie koronawirusa

W czasie mojej pierwszej od wybuchu pandemii koronawirusa podróży do Turcji, bezpośrednie połączenia lotnicze z Polski do Turcji były zakazane, dlatego byłam zmuszona lecieć z Niemiec. Wybrałam bezpośredni rejs z Berlina Tegel do Antalyi linią Sunexpress.

Przelot do Turcji

Mimo że samo lotnisko Tegel zawsze było kiepskim miejscem na rozpoczęcie podróży czy przesiadki, to z powodu pandemii spodziewałam się tam niemieckiego porządku. Zamiast tego zobaczyłam wszechobecny bałagan, osoby odprowadzające kręcące się po terminalu mimo sprawdzania kart pokładowych przy wejściu i kolejki nie wiadomo dokąd. Boarding odbywał się autobusami i tu zauważyłam jedyny plus – zamiast upychania wszystkich do jednego pojazdu, przewożono po ok. 20 osób.

Samolot był pełny. Przy wejściu załoga rozdawała chusteczki antybakteryjne, ale poza tym wszystko, łącznie ze sprzedażą posiłków i artykułów duty free, odbywało się normalnie. Pasażerowie chyba ograniczyli chodzenie po pokładzie i wizyty w toalecie. W trakcie lotu rozdano karty lokalizacyjne do wypełnienia, które trzeba było oddać przy kontroli granicznej. Po wylądowaniu poproszono pasażerów o pozostanie na miejscach i opuszczanie samolotu rzędami. O dziwo, dostosowali się do tego nawet Turcy.

W terminalu nie było dodatkowych kontroli stanu zdrowia czy temperatury. Samo lotnisko sprawiało przygnębiający widok, jak kilka lat temu, gdy z powodu puczu i zamachów ruch lotniczy do Turcji zamarł.

Antalya w czasie pandemii

Życie w mieście toczy się prawie normalnie. W środkach transportu publicznego obowiązuje noszenie maseczek. W odróżnieniu od Polski przestrzegają tego wszyscy i w całym autobusie trafiały się tylko 1-2 osoby z odsłoniętym nosem. Jak zwykle do autobusu wchodzi się drzwiami przy kierowcy, którego jedyną ochroną jest maseczka, ponieważ nie zainstalowano dodatkowych przesłon. W autobusach nie ma tłoku.

Maseczki trzeba nosić w sklepach i jest to egzekwowane w sieciówkach, ale w prywatnych punktach już niekoniecznie. Nie przestrzegają tego nawet sprzedawcy. W centrach handlowych, oprócz typowej kontroli bezpieczeństwa (bramki do wykrywania metalu i skanery bagażu), obsługa mierzy wchodzącym temperaturę. Pomiar bywa też prowadzony (nie zawsze) w kawiarniach sieci Starbucks. W sklepach i restauracjach dostępne są płyny do dezynfekcji rąk.

W restauracjach kelnerzy noszą maseczki. Wybór potraw jest prawie taki jak zawsze. Jedyną pozycją, której nie mogłam dostać z powodu pandemii, był yayık ayran, czyli ayran wytwarzany na miejscu w restauracji. Pisałam o nim w artykule Subiektywny przewodnik po kuchni tureckiej.

Stare miasto w Antalyi, sklepy i restauracje dla turystów są wyludnione jak poza sezonem. Ale po okolicznych ulicach centrum chodzi sporo mieszkańców. Publiczna plaża jest pełna ludzi, oprócz Turków słychać głównie Rosjan, którzy stanowią duży odsetek mieszkańców miasta. Ludzie urządzają pikniki w parkach i przesiadują w kawiarniach. Osiedlowy targ organizowany raz w tygodniu był pełny kupujących i mało kto nosił maseczkę.

Z powodu koronawirusa nie działa Eye of Antalya, drugie największe koło młyńskie w Europie.

Po wcześniejszych gwałtownych wzrostach, ceny rękawiczek, maseczek i płynów do dezynfekcji wróciły do normalności. W Turcji powszechnie używa się wody kolońskiej, najczęściej o zapachu cytrynowym i zawartości 80% alkoholu. 400 ml takiej wody można bez problemu kupić za średnio 14 lir (8 zł), 50 szt. rękawiczek lateksowych kosztuje 15-20 lir, 10 szt. nitrylowych – 7 lir.

Lot powrotny do Europy

Wylot z Antalyi do Niemiec również odbywał się normalnie. Przed pierwszą kontrolą bezpieczeństwa przy wejściu do terminala pasażerowie wpuszczani są pojedynczo, prawdopodobnie znajduje się tam kamera mierząca temperaturę. W hali odlotów niektóre miejsca siedzące zasłonięto taśmą w celu zachowania dystansu. Również tu autobusy przewożące pasażerów do samolotu zabierały znacznie mniej osób niż normalnie.

W rejsie powrotnym do Berlina nie rozdawano kart lokalizacyjnych. Samolot był zapełniony mniej niż w połowie. De-boarding miał się odbywać rzędami, ale nie było to już tak skrupulatnie egzekwowane jak w trakcie lotu do Turcji.

Zamek w Edynburgu

Weekend w Edynburgu

Gościnny wpis mojej siostry Marty.

Od kilku lat mieszkam w Londynie. Do tej pory nie miałam zbyt wielu okazji, by pozwiedzać Wielką Brytanię. Do Szkocji chciałam się wybrać już od dłuższego czasu i w końcu nadarzyła się sposobność. Udało mi się znaleźć dobrą ofertę na weekend – wylot w sobotę rano, powrót w niedzielę wieczorem. Czas na miejscu musiałam więc sobie bardzo dobrze rozplanować. Podróż do Szkocji zimą jest dość ryzykowna ze względu na pogodę, o czym przekonałam się bardzo szybko.

Lotnisko i komunikacja

Z Londynu loty do Edynburga odbywają się kilka razy dziennie ze wszystkich pięciu lotnisk i często można trafić na okazje tańsze niż pociąg. Podróż zajmuje tylko godzinę i 20 minut (dla porównania pociąg jedzie 4,5-5 godzin). Z Polski do Edynburga można dolecieć tanimi liniami z większości lotnisk, a podróż zajmuje około 2,5 godziny.

Lotnisko w Edynburgu znajduje się 13 km od centrum miasta i jest z nim bardzo dobrze skomunikowane. Do wyboru mamy kilka opcji dojazdu. Warto ściągnąć sobie aplikację Transport for Edinburgh, która wyszuka nam różne opcje, oraz powiązaną z nią TfE M-Tickets, na której w prosty sposób można kupić bilety autobusowe.

Autobusy do centrum kursują spod samego terminala i obsługiwane są przez firmę Lothian Buses. Bilet w jedną stronę kosztuje 4,50£, w dwie 7,50£. Można je kupić w autobusie lub przez aplikację. Przy tej drugiej opcji należy pamiętać, by aktywować bilet dopiero przed samym wejściem, ponieważ ważny jest tylko przez 5 minut po aktywacji. Wystarczy pokazać go kierowcy i już można wsiadać.

Ja zdecydowałam się na autobus Airlink 100, który jest najszybszy i przejeżdża przez samo centrum. Miejsca są przestronne, przy każdym siedzeniu znajduje się gniazdko USB, w autobusie działa też bezpłatne WiFi. Podróż trwa około 30 minut. Wszystkie przystanki są na żądanie, musimy więc nacisnąć przycisk STOP. Wyświetlacz w autobusie pokazuje 3 kolejne, więc łatwo możemy ocenić, który jest dla nas najdogodniejszy.

Inne linie kursujące z lotniska, to Skylink 300, który jedzie trochę dłuższą trasą i dojeżdża aż do pałacu Holyrood oraz Skylink 200 (ten omija centrum i jedzie do Ocean Terminal). Istnieje jeszcze opcja dojazdu do centrum tramwajem. Przystanek znajduje się jednak już troszkę dalej od terminala, a bilet kosztuje 5,50£ (8,50£ w dwie strony). Kupimy go w automacie (kartą lub odliczonymi monetami).

Transport miejski

Lothian Buses obsługuje też autobusy poruszające się po mieście. Bilet jednorazowy kosztuje wtedy 1,70£. Można go kupić w aplikacji lub w autobusie – kartą zbliżeniową lub odliczoną kwotą bezpośrednio u kierowcy (monety wrzucamy wtedy do skrzyneczki, a kierowca nie ma możliwości wydania reszty). W nowszych pojazdach znajdziemy gniazdka USB do ładowania telefonu. Jeśli planujemy więcej niż 2 przejazdy jednego dnia, warto rozważyć bilet całodzienny, który kosztuje 4,50£. Centrum Edynburga jest jednak na tyle małe, że nie miałam problemów z poruszaniem się na piechotę.

Zamek i okolice

By nie marnować czasu, zwiedzanie postanowiłam zacząć od razu po przyjeździe. Wysiadłam na przystanku na Princes Street – nowoczesnej ulicy z mnóstwem sklepów, nad którą góruje najważniejsza atrakcja miasta – majestatyczny zamek. Twierdzę zbudowano na wzgórzu, droga do niej jest więc dość męcząca, ale widoki ze szczytu rekompensują trudy. Zamek otwarty jest prawie codziennie, w środku znajduje się wiele atrakcji, a o 13tej oddawana jest salwa armatnia. Ja niestety miałam pecha – nad Wielką Brytanią przechodził akurat huragan Dennis. Ze względu na silny wiatr twierdzę zamknięto. Dostępny był tylko dziedziniec przed wejściem, z którego roztacza się wspaniały widok na całe miasto.

Przed przyjazdem warto odwiedzić stronę internetową zamku, gdzie znajdziemy godziny otwarcia (różne w zależności od sezonu) i kupimy bilet wstępu (taniej niż w kasie na miejscu i bez czekania w kolejce). Gdyby ktoś miał takiego pecha jak ja, koszty rezerwacji zostałyby zwrócone lub obsługa zmieniłaby termin. Informacje o wszelkich nieprzewidzianych zmianach w godzinach otwarcia pojawiają się na Twitterze.

Przed wejściem na zamkowy dziedziniec znajdują się dwie ciekawe, ale dość drogie atrakcje: The Scotch Whiskey Experience – replika destylarni whisky oraz Camera Obscura. Do tego drugiego miejsca kolejka stała dookoła budynku, bo biletów nie można jeszcze kupić przez Internet.

Greyfriars Kirkyard i pies Bobby

Edynburg jest miastem o niezwykłym klimacie – szarym i mrocznym, a jednocześnie tajemniczym. Popularne są tutaj wieczorne wycieczki śladami morderstw i duchów, a ostatnio również Harrego Pottera. Je postanowiłam wytyczyć sobie swoją własną trasę.

Z zamku przeszłam się ulicą Lawnmarket, a następnie skręciłam w George IV Bridge, minęłam Bibliotekę Narodową, by po prawej stronie zobaczyć The Elephant House. To w tej niepozornej kawiarni powstawały książki o Harrym Potterze.

Kilka kroków dalej natrafimy na Greyfriars Bobby’s Bar, przed którym znajduje się niewielki pomnik pieska Bobby’ego. Ten mały terier przez 14 lat czuwał przy grobie swego właściciela. Cmentarz Greyfiars Kirkyard, na którym został pochowany, znajduje się zaraz obok, a pomnik upamiętniający miejsce jego spoczynku stoi naprzeciwko bramy wejściowej. Nie da się go przegapić – fani układają pod nim psie zabawki i patyki do rzucania. Ten piękny cmentarz znany jest też z tego, że to po nim przechadzała się J.K. Rowling, szukając wśród nazwisk inspiracji do swoich książek. Jeśli więc dobrze poszukamy, znajdziemy tam grób Tom’a Riddle’a, który nieświadomie użyczył swojego imienia ludzkiej postaci Lorda Voldemorta. 

National Museum of Scotland

Naprzeciwko Greyfriars Bobby’s Bar zobaczymy National Museum of Scotland – zdecydowanie warte odwiedzenia (zwłaszcza, że wstęp jest darmowy!), otwarte codziennie od 10tej do 17tej. Na jego zwiedzanie należy przeznaczyć kilka godzin, ponieważ ilość atrakcji jest zadziwiająca. Znajduje się w nim masa przeróżnych kolekcji – technologii i nauki, transportu, archeologii, świata naturalnego czy historii Szkocji, by wymienić tylko kilka. Można tutaj zobaczyć zegar milenijny, szachy z Lewis (rozsławione w filmie Harry Potter i Kamień Filozoficzny) wypchaną owcę Dolly, spróbować biegania w „kole chomika” czy porozmawiać z robotem. Wiele wystaw jest multimedialnych lub stworzonych w formie zabawy. Warto wybrać się tam z dziećmi, ale dorośli też będą zachwyceni.

Royal Mile i małe muzea

Z muzeum wróciłam do Royal Mile czyli głównej ulicy starego miasta, a właściwie czterech ulic: Castle Hill, Lawnmarket, High Street i Canongate. Ciągną się one od zamku do Pałacu Holyrood (oddalonych o milę od siebie, stąd nazwa). Znajdują się przy nich zabytkowe kamienice, w których obecnie mieszczą się sklepy z pamiątkami, restauracje i puby. Można tu też spotkać licznych artystów ulicznych, na przykład kobziarzy w tradycyjnych strojach (których nie odstraszył nawet wiatr i deszcz). 

Jednym z zabytków tej części miasta jest Katedra św. Idziego, której historia sięga XII wieku. Wstęp do kościoła jest bezpłatny, przy wejściu można jednak złożyć dobrowolną 5-funtową darowiznę na konserwację zabytku. Pozwolenie na fotografowanie we wnętrzu płatne jest 2£, nie widziałam jednak by ktokolwiek tego pilnował lub respektował. Istnieje możliwość wejścia na dach z przewodnikiem. Koszt takiej wycieczki to 6 funtów.

W okolicy Royal Mile znajduje się cala masa malutkich, bezpłatnych muzeów. Warto wejść do kilku, by przynajmniej zobaczyć wnętrza kamienic, ale też poznać interesujące fakty o Szkocji i życiu jej mieszkańców. Ja zdecydowałam się na trzy. Muzeum Pisarzy, położone w głębi jednej z bram, poświęcone jest znanym szkockim twórcom, m.in. Sir Walterowi Scottowi (polecam tylko pasjonatom, bo poza rękopisami i kilkoma rycinami, nie znajdziemy tam wiele). Ciekawe Muzeum Historii Ludu (The People’s Story Museum) opisuje dzieje ludu pracującego w Edynburgu. Naprzeciwko niego zwiedzić możemy Muzeum Edynburga, opowiadające historię miasta, chociaż, moim zdaniem, w dość ubogi sposób. Opisy wszystkich muzeów oraz godziny ich otwarcia znajdziemy na stronie Museums & Galleries Edinburgh.

Bary na Royal Mile

Royal Mile to także liczne bary, kawiarnie i restauracje. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – fastfoody, znane sieciówki czy klimatyczne tradycyjne puby. Ceny wszędzie są mniej więcej podobne. Ja decydowałam się na pub No. 1, ponieważ był mniej zatłoczony. Warto skusić się na lokalne specjały. Oczywiście, jak w całej Wielkiej Brytanii, tutaj również dostaniemy klasyczną rybę z frytkami. Charakterystycznym specjałem dla tego regionu jest również haggies (owcze podroby, wymieszane z cebulą, mąką owsianą, tłuszczem i przyprawami, zaszyte i duszone w owczym żołądku). W smaku przypominają białą kaszankę.

Od Holyrood do Calton Hill

Idąc dalej Royal Mile dojdziemy do nowoczesnego budynku Szkockiego Parlamentu i Pałacu Holyrood – oficjalnej rezydencji brytyjskiej rodziny królewskiej w Szkocji. Jeśli nie przebywa w nim królowa, pałac można zwiedzać. Koszt to 16,50£ (albo 21,60£ za bilet łączony z wystawą poświęconą Leonardo da Vinci w galerii królewskiej). Nad pałacem góruje też najwyższy szczyt parku Holyrood, zwany Tronem Artura. Z góry roztacza się ponoć piękny widok na całe miasto, wędrówka jest jednak dość długa, konieczna jest więc sprzyjająca pogoda.

Zamiast wracać tą samą drogą, można skierować się w Calton Road. Po prawej stronie pojawi się pięknie położony, stary cmentarz – New  Calton Burial Ground. Na szczycie wznosi się Burns Monument – pomnik upamiętniający szkockich poetów. Z cmentarza roztacza się wspaniały widok na miasto i pałac Holyrood.

Naprzeciwko Burns Monument zobaczymy budynek Nowego Parlamentu, a idąc dalej dojdziemy do siedziby szkockiego rządu. W tym miejscu warto skręcić w prawo i rozpocząć krótką wspinaczkę na  Calton Hill. Jest to wzgórze nazywane Akropolem Północy i wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Znajdują się tutaj m.in. National Monument of Scotland (pomnik mający upamiętniać Szkotów poległych w wojnach napoleońskich) czy obserwatorium miejskie z 1776 r. Bardzo silny wiatr i zacinający deszcz nie zachęcał mnie do dłuższego rozkoszowania się widokami, więc po kilku zdjęciach ruszyłam w drogę powrotną.

Edynburg dysponuje bardzo dobrą bazą noclegową. Ja zdecydowałam się na skorzystanie z Airbnb. Znalazłam bardzo przyjemny pokój w kamienicy położonej 20 minut spacerem od centrum. Jedna noc kosztowała tylko 23,10£.

Dzień drugi – HMY Britannia

Następnego dnia śniadanie zjadłam w Cafe Rouge. Ceny, jak na Wielką Brytanię, bardzo przystępne – za typowo szkocki posiłek zapłaciłam 6,95£. Niestety, pogoda dalej była niesprzyjająca. Rozpogodziło się, ale silny wiatr nie pozwolił na otwarcie zamku. Pojechałam więc do Ocean Terminal – centrum handlowego położonego w dawnych dokach na północy miasta (około 30 minut autobusem). Kryje ono jedną z ciekawszych, moim zdaniem, atrakcji Edynburga – Her Majesty’s Yacht Britannia, dawny jacht Królowej Elżbiety II, udostępniony obecnie do zwiedzania. Zaskoczyło mnie, że wchodzi się do niego z drugiego piętra centrum handlowego. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje 17£. W cenie dostajemy audioprzewodnik (istnieje opcja ustawienia języka polskiego).

Statek ten przez 43 lata służył królowej za dom na wodzie, gościł mnóstwo najważniejszych osób na świecie, a także odbyli nim podróż poślubną książę Karol i księżna Diana. Możemy tu zobaczyć kabiny królowej i jej męża (z zaskakująco wąskimi łóżkami), salę jadalną, gabinet królowej, miejsca wypoczynku rodziny królewskiej, ale także pomieszczenia załogi, maszynownię, pralnię czy szpital. Ciekawą zabawą jest szukanie piesków corgi – maskotki porozstawiane są po całym statku. Na koniec można odebrać pamiątkową przypinkę i wziąć udział w losowaniu nagrody.

Na statku mieści się sklepik wyrabiający tradycyjne angielskie fudge – krówki o różnych smakach, których można spróbować za darmo. Ja skusiłam się na rumowo-rodzynkowe.

Po zwiedzeniu statku warto wstąpić jeszcze na chwilę do położonego zaraz obok The Living Memory Association. Jest to muzeum wspomnień. Znajduje się w nim masa sprzętów, zabawek i przedmiotów z minionych lat. Wszystkiego można dotykać, jest to też ciekawa atrakcja dla dzieci.

Okolice Princes Street

Zostało mi jeszcze trochę czasu przed powrotem do Londynu, przeszłam się więc Princes Street – jedną z głównych ulic handlowych. Najbardziej charakterystyczną atrakcją tej ulicy jest Scott Monument – pomnik upamiętniający Sir Waltera Scotta. Zaraz obok znajdują się The Royal Scottish Academy (z wystawą sztuki nowoczesnej) oraz National Gallery of Scotland. Wejścia do obu są bezpłatne.

Przy Princes Street położony jest również piękny park z masą pomników. Niestety, ze względu na pogodę został on zamknięty. Mnie interesowała jedna rzeźba, na szczęście dobrze widoczna z ulicy, upamiętniająca Misia Wojtka i polskich żołnierzy z czasów drugiej wojny światowej. Ten słynny niedźwiedź zmarł właśnie w zoo w Edynburgu w 1963 roku. W 2015 roku doczekał się swojego pomnika.

Idąc dalej Princes Street dojdziemy do dwóch kościołów – Św. Jana oraz parafialnego św. Cuthberta i do przyległego do nich cmentarza (malowniczo położonego pod wzgórzem zamkowym). Zaraz obok znajduje się przystanek Airlink 100, którym wrócimy na lotnisko, jest to więc dobry sposób na zakończenie zwiedzania.

Oslo w dwa dni: rzeźba Tygrysa

Oslo w 2 dni

Zima w Oslo ogranicza możliwości zwiedzania. Dni są krótkie. W styczniu, kiedy wybrałyśmy się na wycieczkę, słońce wschodziło przed 9 i zachodziło po 16. Muzea otwierają się o 10-11 i zamykają o 16. Dodatkowo, część atrakcji, np. Pałac Królewski czy Zamek Akershus są nieczynne. Nie pływa też prom do Bygdøy, gdzie mieszczą się najciekawsze muzea. Poza tym pogoda może uprzykrzyć chodzenie po mieście. W czasie naszego pobytu, pierwszego wieczora padał deszcz, uniemożliwiając robienie zdjęć. Drugiego dnia było pochmurno, tylko po południu na chwilę wyszło słońce. Trzeciego dnia na skoczni Holmenkollen padał śnieg, a chmury utrudniły podziwianie panoramy Oslo. Biorąc pod uwagę krótkie dni i pogodę, zdecydowałyśmy się tak ułożyć plan zwiedzania, żeby większość czasu spędzać w muzeach, ograniczając do minimum chodzenie po mieście. 

Spacer po mieście

Po przylocie, zakwaterowaniu w hotelu i obiedzie, przespacerowałyśmy się w deszczu głównym deptakiem miasta, Karl Johans gate, od katedry do Pałacu Królewskiego. Dalej przeszłyśmy obok budynku Ratusza, przez stare miasto na wybrzeże, pod budynek Opery i na koniec do dworca, do rzeźby Tygrysa.

Katedra

Niewielką, XVII-wieczną katedrę wyróżniają malowidła na drewnianym suficie. Odbywają się w niej śluby i pogrzeby członków rodziny królewskiej oraz norweskiego rządu. Otwarta jest od 10 do 16, dlatego do środka zajrzałyśmy dopiero ostatniego dnia, w drodze powrotnej na lotnisko.

Karl Johans gate

Karl Johans gate to główna ulica miasta, łącząca główny dworzec Oslo z Pałacem Królewskim. Stoją przy niej XIX-wieczne gmachy Parlamentu, Teatru Narodowego i stare budynki Uniwersytetu. Między Parlamentem i Teatrem znajduje się park z publicznym lodowiskiem, które z powodu deszczu i dodatniej temperatury pokrywała kilkucentymetrowa warstwa wody.

Pałac Królewski

Na końcu Karl Johans gate, na wzniesieniu, otoczona XIX-wiecznym parkiem, stoi rezydencja rodziny królewskiej. Codziennie o 13:30 odbywa się przed nią zmiana warty. Latem wnętrza dostępne są dla zwiedzających.

Ratusz

Budowę tego ogromnego ceglastoczerwonego gmachu  ukończono w 1950 r. na 900-lecie miasta. Stoi przy nabrzeżu, otoczony równie wielkimi rzeźbami. Zaskoczyła mnie cisza przed ratuszem, który znajduje się przecież w centrum Oslo. Z poprzedniego pobytu pamiętam, że przejeżdżaliśmy ulicą przed budynkiem. Teraz kursują tam tylko tramwaje. 

Twierdza Akershus

Spod ratusza jest ładny widok na średniowieczną twierdzę Akershus. Zbudowana na przełomie XII i XIII w, przez stulecia służyła władcom Norwegii, przetrwała wiele oblężeń i nigdy nie została zdobyta. Na terenie twierdzy, oprócz zamku znajduje się Muzeum Sił Zbrojnych i Muzeum Oporu Norwegii oraz Ministerstwo Obrony, Królewskie Mauzoleum oraz biuro Premiera. Twierdza i muzea są otwarte przez cały rok, ale zamek i mauzoleum są dostępne tylko w niektóre dni tygodnia od maja do listopada.

Opera

Gdy byłam w Oslo po raz pierwszy, gmachu Opery nad brzegiem zatoki Oslofjorden jeszcze nie było. Otwarto go w 2008 r. i stał się najbardziej rozpoznawalnym budynkiem w mieście. W holu dominuje ciepłe, dębowe drewno. Pokryty włoskim marmurem dach sprawia wrażenie śliskiego, ale można po nim bez obaw spacerować i podziwiać panoramę miasta, z widoczną w oddali skocznią Holmenkollen. 

Rzeźba Tygrysa

Pomnik Tygrysa przed budynkiem dworca Oslo S został ufundowany na tysiąclecie miasta, noszącego przydomek Tigerstaden (tygrysie miasto). Nazwy tej w 1870 r. użył norweski poeta w wierszu opisującym walkę między koniem a tygrysem. Tygrys reprezentował niebezpieczne miasto, a koń bezpieczną wieś. Obecnie pomnik jest jednym z najczęściej fotografowanych w Oslo.

Rano powtórzyłyśmy pierwszą część trasy pod Pałac Królewski, gdzie wsiadłyśmy w autobus nr 30 jadący na półwysep Bygdøy, na którym znajdują się najciekawsze muzea w mieście.

Muzeum statku Fram

Na skraju półwyspu Bygdøy mieszczą się trzy muzea: Fram, Kon-Tiki i Muzeum Morskie. Przy wejściu do muzeum statku polarnego Fram widnieje informacja, że jest to najlepsze muzeum w Norwegii i faktycznie, nie jest to stwierdzenie na wyrost. 

Statek Fram, zbudowany w 1892 r., uczestniczył w trzech wielkich wyprawach polarnych, Fridtjofa Nansena (1893-1896), Ottona Sverdrupa (1898-1902) i Roalda Amundsena (1910-1912). W 1936 r., po wyremontowaniu, umieszczono go w muzeum. Kilka lat temu dobudowano drugi budynek, gdzie ustawiono statek Gjøa, który w latach 1903-1906 jako pierwszy przepłynął Przejście Północno-Zachodnie, czyli drogę z Europy do Azji przez Archipelag Arktyczny.

W muzeum można obejrzeć ciekawy, kilkunastominutowy film o wyprawach polarnych, wejść na pokład i do wnętrz obu statków. Ponadto zaprezentowane są zdjęcia, dokumenty i pamiątki związane z wyprawami polarnymi zarówno morskimi, jak i lotniczymi: wodnosamolotami i sterowcem. Obejrzenie muzeum zajęło nam około 1,5 godziny, ale warto na nie poświęcić więcej czasu, rezygnując np. z wizyty w Muzeum Morskim.

Muzeum Kon-Tiki

Drugim wartym odwiedzenia miejscem w tej części półwyspu jest muzeum Kon-Tiki. Poświęcono je wyprawom Thora Heyerdahla, który na zbudowanej z balsy tratwie Kon-Tiki przepłynął Ocean Spokojny, a później na papirusowej tratwie Ra II Ocean Atlantycki. W muzeum znajdują się oryginalne tratwy i pamiątki z tych i pozostałych ekspedycji Heyerdhala, jego prywatne archiwum i biblioteka.

Norweskie Muzeum Morskie

Obok muzeów Fram i Kon-Tiki znajduje się Norweskie Muzeum Morskie, poświęcone morskiej historii kraju. W naszej opinii było najmniej ciekawe. Zaraz przy wejściu stoi kilka niedużych łodzi i zbiór galionów – rzeźb z dziobów statków. Kolejnych kilka sal mieści modele statków, przedmioty używane w rybołówstwie, znaleziska archeologiczne i obrazy marynistyczne. Najbardziej spodobał nam się model wnętrza statku z kajutami i wyposażeniem. Jeżeli dysponuje się czasem, to można tu zajrzeć. Pod warunkiem, że ma się Oslo Pass – inaczej szkoda pieniędzy na bilet.

Muzeum Łodzi Wikingów

W odległości nieco ponad kilometra w stronę miasta znajdują się dwa kolejne muzea. Można do nich przejść pieszo lub wrócić autobusem. Pierwszym jest Muzeum Łodzi Wikingów. Mieszczą się w nim trzy łodzie pogrzebowe datowane na IX i X w. n.e. Dwie zachowały się w całości, trzecia we fragmentach. Oprócz łodzi, w muzeum obejrzeć można drewniany wóz konny i niewielki zbiór innych przedmiotów znalezionych na statkach. Muzeum powstało w latach 30. XX w. i może dlatego nie robi wielkiego wrażenia, a ekspozycja jest skromna. Podobnie jak Muzeum Morskie, raczej dla pasjonatów.

Norweskie Muzeum Ludowe

Dużo ciekawszym, ale jednocześnie wymagającym poświęcenia znacznie więcej czasu jest mieszczące się w odległości kilku minut pieszo Norweskie Muzeum Ludowe. Ten największy w Norwegii skansen składa się z ponad 140 budynków z różnych epok i rejonów kraju. Jednym z najcenniejszych zabytków jest XIII-wieczny kościół klepkowy przeniesiony z miejscowości Gol. Bardzo ciekawy fragment skansenu stanowi Stare Miasto z kamienicami, sklepami i stacją benzynową. W kamienicach zrekonstruowano typowe mieszkania z różnych okresów XIX i XX w.

Latem skansen ożywa, organizowane są wystawy czasowe, a w budynkach i zagrodach spotkać można rzemieślników i zwierzęta.

Szybkie obejście terenu muzeum zajęło nam kolejne 1,5 godziny.

Muzeum Muncha

Z półwyspu Bygdøy pojechałyśmy do Muzeum Muncha. Słynny „Krzyk” mieści się w zbiorach Muzeum Narodowego, które obecnie jest zamknięte. Ale galeria poświęcona tylko temu słynnemu artyście chwali się największą na świecie kolekcją jego dzieł, 28 tysięcy eksponatów! Ku naszemu totalnemu rozczarowaniu okazało się, że w budynku otwarte są tylko cztery sale. W pierwszej jest kilkanaście nieznanych dzieł Muncha, w drugiej krajobrazy namalowane przez innych artystów, w trzeciej jeszcze jakieś dwa obrazy nie Muncha i w czwartej, jedyne jego znane dzieło – Madonna. 

Wizyta w Muzeum Muncha to strata czasu, nawet z kartą Oslo Pass. Miejsce znalazło się na drugim miejscu naszej listy najgorszych odwiedzonych muzeów, zaraz za Muzeum Penisów w Reykjaviku. 

Po wizycie w Muzeum Muncha pojechałyśmy do centrum miasta, pod gmach Opery. Weszłyśmy na dach porobić zdjęcia, a następnie, żeby nie tracić czasu, wsiadłyśmy w tramwaj jadący do Ratusza. 

Centrum Pokojowej Nagrody Nobla

Obok Ratusza znajduje się Centrum Pokojowej Nagrody Nobla, która jako jedyna jest wręczana w Oslo, a nie w Sztokholmie. Muzeum otwarto w 2005 r. w dawnym budynku dworca kolejowego. To miejsce czynne jest aż do godziny 18. Składa się tylko z trzech sal. Dwie przeznaczone są na wystawy czasowe poświęcone ostatnim laureatom, a w jednej mieści się stała wystawa multimedialna. W ciemnej sali ustawiono tablety ze zdjęciami zdobywców nagrody. Zbliżenie się do ekranu powoduje wyświetlenie informacji o laureacie. Na obejrzenie muzeum wystarczy kilkanaście minut, można do niego zajrzeć, jeśli dysponuje się wolną chwilą i Oslo Pass. 

Loty powrotne do Krakowa i Londynu miałyśmy zaplanowane na popołudnie, dlatego wcześniej mogłyśmy odwiedzić jeszcze dwa miejsca w Oslo. Najpierw pojechałyśmy tramwajem nr 12 spod dworca do parku Vigelanda.

Park Vigelanda

Gustav Vigeland (1869-1943) był norweskim rzeźbiarzem, autorem pomników znanych Skandynawów, który poświęcił ponad połowę życia na realizację kompozycji w Parku Frogner. Składa się ona z 212 rzeźb przedstawiających w sumie prawie 600 nagich postaci z kamienia i brązu. Prace nad kompleksem parkowym zaczęły się w 1907 r. od zamówienia na projekt fontanny. Stopniowo Vigeland tworzył rzeźby wokół fontanny oraz ozdabiające parkowy most. Zwieńczeniem była kolumna Monolitten, wykonana z pojedynczego bloku granitu, złożona ze 121 postaci. Prace trwały do końca lat 40. Vigeland był projektantem rzeźb, które wykonał zatrudniony przez niego zespół kamieniarzy i odlewników.

Skocznia Holmenkollen

Z parku przeszłyśmy na stację kolei T-bane, którą pojechałyśmy do Holmenkollen. Mimo braku śniegu w samym mieście, w pociągu towarzyszyli nam narciarze z biegówkami. I rzeczywiście, na stacji w Holmenkollen leżał śnieg. Skocznia stoi na wzgórzu, z którego roztacza się widok na miasto. Przejazd od parku Vigelanda zajmuje 20 minut, spacer pod skocznię kolejnych 15.

Skocznię wielokrotnie przebudowywano, obecna wersja została otwarta w 2010 r. Od 1892 r. co roku w marcu odbywa się tu Holmenkollen Ski Festival, traktowany jak norweskie święto narodowe.

U podstawy budowli mieści się najstarsze na świecie muzeum narciarstwa. Na szczycie skoczni jest otwarta platforma widokowa, dostępna dla zwiedzających. Wjeżdża się na nią tą samą windą, której używają skoczkowie, można zobaczyć salkę, w której czekają na oddanie skoku oraz schody prowadzące na belkę startową. 

Po wizycie na skoczni wróciłyśmy pociągiem T-bane do miasta, a stamtąd na lotnisko.

Mimo krótkich styczniowych dni udało nam się zobaczyć w Oslo prawie wszystko, co zaplanowałyśmy. Poszłybyśmy jeszcze do twierdzy Akershus, do wnętrza Ratusza i do Muzeum Narodowego, gdyby były otwarte.

Najbardziej podobało nam się muzeum statku Fram i skansen, ogromne wrażenie zrobiła też skocznia Holmenkollen. Stolica Norwegii warta jest odwiedzenia i pewnie tam jeszcze wrócimy.

Oslo city break: widok z dachu opery

Oslo city break – przydatne informacje

Szukając miejsca na krótki wypad zimą, trafiłam na tanie bilety do Oslo. Nie było w tym nic szczególnego, bo Norwegia i Szwecja zazwyczaj znajdują się na szczycie listy najtańszych destynacji z Polski. Pomyślałam, że mimo zimy, a co za tym idzie – krótkich dni, warto się tam wybrać. Tym bardziej, że stolicę Norwegii odwiedziłam tylko raz, jeszcze w liceum. Teraz na dwudniowy „Oslo city break” poleciałam z siostrą, ona z Londynu, ja z Polski.

Przelot do Oslo

Z Polski do Oslo lata Ryanair, Wizzair, Norwegian, LOT i SAS. Bilety z małym bagażem podręcznym, który wystarczy na weekendowy wyjazd, łatwo kupić już za ok. 100 zł w dwie strony. Lot trwa 1,5-2 godziny. 

Warto zarezerwować bilety na główne lotnisko, Oslo Gardermoen, leżące 48 km na północ od centrum miasta. Drugie lotnisko, Oslo Torp, leży aż 120 km na południe, więc dojazd do miasta jest droższy i zajmuje znacznie więcej czasu.

Oslo Gardermoen jest drugim największym portem w Skandynawii. W 2019 r. obsłużył prawie 29 mln pasażerów. Terminal lotniska jest przestronny, a drewniane elementy ocieplają wnętrze.

Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, ale należy do strefy Schengen, więc podróżując z Polski nie przechodzi się przez kontrolę graniczną i można posługiwać się dowodem osobistym.

Wybór lotów z czterech lotnisk Londynu jest większy niż z Polski, a ceny biletów tanich linii są podobne. Oczywiście tradycyjnym przewoźnikiem zamiast LOTu jest British Airways. W pasującym nam terminie za bilety trzeba było zapłacić trochę więcej, bo ok. 250 zł. Lot trwa niecałe 2 godziny.

Oslo - płatności

Walutą Norwegii jest korona norweska (NOK). 1 NOK to 0,42 PLN / 0,08 GBP (kurs z lutego 2020). Tak jak w pozostałych krajach skandynawskich, praktycznie wszędzie można płacić kartą, dlatego w czasie pobytu nie korzystałyśmy z gotówki. Bez problemów akceptowano nasze karty Revolut i Curve.

Oslo - korzystanie z internetu

W Norwegii można korzystać z roamingu UE, dlatego nie trzeba kupować lokalnej karty SIM. Na lotnisku jest bezpłatny dostęp do internetu przez 4 godziny.

Dostęp do internetu przydaje się do sprawdzania rozkładów jazdy środków transportu. W tym celu, oprócz map Google, korzystałyśmy z aplikacji RouterReise. Internet jest też potrzebny do aktywowania karty Oslo Pass.

Karta Oslo Pass

Jeżdżąc po świecie, zwykle nie korzystam z miejskich kart dla turystów, ponieważ ich zakup z reguły się nie opłaca. Ale w Oslo taka karta bardzo się przydaje. Można z nią podróżować komunikacją miejską (w tym promami) w 1 i 2 strefie, wejść do ponad 30 muzeów, skorzystać z zewnętrznych basenów oraz ze zniżek na wycieczki z przewodnikiem i na jedzenie w niektórych restauracjach.

Kartę Oslo Pass można kupić na lotnisku, albo jeszcze przed przylotem, w aplikacji OsloPass. Dostępne są karty 24-, 48- i 72-godzinne, w cenie odpowiednio 445, 655 i 820 NOK. Dla dzieci i seniorów przewidziano zniżki.

Bez karty jeden przejazd autobusem czy tramwajem w 1 strefie kosztuje 37 NOK, bilet 24-godzinny 111 NOK, a bilet wstępu do muzeum 120-140 NOK. Łatwo policzyć, że cena 48-godzinnej karty Oslo Pass zwraca się już po odwiedzeniu 5 muzeów i jednym przejeździe autobusem.

Po zakupie online, kartę trzeba aktywować. Ponadto, co rano trzeba ściągnąć nowy kod QR i animację. W niektórych smartfonach odbywa się to automatycznie, pod warunkiem dostępu do internetu, w innych trzeba to zrobić ręcznie.

Aplikacja Visit Oslo

Oprócz Oslo Pass można ściągnąć aplikację Visit Oslo, która zawiera informacje m. in. o muzeach, miejscach wartych odwiedzenia i restauracjach. Przydaje się do sprawdzania godzin otwarcia interesujących nas atrakcji.

Oslo city break: aplikacja OsloPass

Przejazd z lotniska do miasta

Z Oslo Gardermoen (Oslo Lufthavn) do miasta jeżdżą autobusy i pociągi. Przejazd autobusem trwa ok. 50 min. i kosztuje 189 NOK. Znacznie szybciej, bo w 19 minut, dojedzie się pociągiem Airport Express. Pociągi kursują co 10 minut, a bilet kosztuje 199 NOK. Ale najlepszą opcją jest przejazd pociągiem regionalnym. Podróż do stacji Oslo S (Sentralstasjon) trwa tylko 4 minuty dłużej niż ekspresem, a kosztuje 109 NOK. Cenę biletu można jeszcze obniżyć z Oslo Pass.

W Norwegii w wielu miejscach, w tym w środkach transportu, obowiązują zniżki dla młodzieży, studentów i osób powyżej 67 roku życia.

Przejazd z lotniska z Oslo Pass

Z kartą Oslo Pass można korzystać z komunikacji miejskiej w 1 i 2 strefie. Lotnisko leży w strefie 4, więc należy dokupić bilet na brakujące strefy. W hali przylotów lotniska, przed zejściem na perony, znajdują się automaty biletowe i punkt obsługi klienta. Wystarczy pokazać aktywną kartę Oslo Pass, a osoba z punktu obsługi wydrukuje bilet na brakujący odcinek podróży, w cenie 48 NOK. W mieście, automaty i punkt obsługi znajdują się przy zejściu na perony na dworcu centralnym. Bilet dodatkowy na lotnisko kosztuje 61 NOK.

Oslo city break - gdzie nocować

Ceny hoteli w Oslo nie należą do niskich, ale czasem można upolować okazję. Nam udało się znaleźć pokój dwuosobowy ze śniadaniem w 3-gwiazdkowym hotelu Anker, 10 minut pieszo od dworca, za 260 zł za noc. Pokój był wygodny, łazienka prosta, ale z podgrzewaną podłogą, a wybór dań na śniadanie jak w dobrej klasy hotelach sieciowych. Zaskoczyły nas norweskie specjały – łosoś, śledzie i ser brunost, kilka rodzajów mleka i owocowe smoothie.

Oslo city break - gdzie jeść

Pierwszego wieczoru odwiedziłyśmy małą, ale bardzo popularną knajpkę Illegal Burger, serwującą burgery grilowane na węglu drzewnym. Poszczęściło nam się dostać stolik bez czekania, ale kilka minut później w lokalu stała już kolejka oczekujących na miejsce. Za średniej wielkości burgera trzeba zapłacić ok. 100 NOK. Woda, jak zwykle w Skandynawii, jest za darmo.

Drugiego dnia chciałyśmy spróbować typowej kuchni norweskiej. Wybrałyśmy leżącą poza ścisłym centrum i przez to tańszą, historyczną restaurację Schrøder, działającą od 1925 r. Miejsce to występuje w powieściach Jo Nesbø. Spróbowałyśmy kotleta mielonego z renifera oraz dania z trzema rodzajami mięsa, serwowanych z ziemniakami i kapustą zasmażaną / warzywami na parze. Za ten obiad zapłaciłyśmy w sumie 350 NOK.

Białoruś samochodem: chata w skansenie Zabroddzie

Białoruś samochodem: w poszukiwaniu korzeni

Gościnny wpis mojej mamy, pamiętnik z rodzinnego wyjazdu w 2015 roku.

Białoruś – miejsce urodzenia moich rodziców, gdzie w trudnych, wielodzietnych rodzinach spędzili dzieciństwo, przeżyli okropności I wojny światowej, łącznie z wywozem mamy na Syberię. Potem, już jako młodzi ludzie, doświadczyli radości z odzyskania przez Polskę niepodległości. Ponownie zastała ich wojna, II wojna światowa, kiedy to najpierw Sowieci, a potem hitlerowcy okupowali kraj. Po klęsce kampanii wrześniowej ojciec mój wrócił w rodzinne strony. Tutaj poznał mamę i założyli rodzinę, a w 1942 r. urodził się mój brat. W styczniu 1945 r. z dworca w Mołodecznie, po wielu staraniach o uzyskanie pozwolenia, wyjechali jako repatrianci do Polski, bydlęcym wagonem, z kozą, która wykarmiła brata i drugim dzieckim w drodze. Pozostawili bliskich i niemal wszystko, co mieli, ale miejsce to  pozostało w ich sercach i myślach do końca.

Dlaczego Białoruś?

Byłam na Białorusi trzy razy, najpierw z mamą i bratem w 1956 r. jako kilkuletnie dziecko. Mama musiała uzyskać z ówczesnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych specjalne pozwolenie na ten wyjazd. Pamiętam paradoksalnie wiele z tej podróży: jazdę niemiłosiernie zatłoczonym pociągiem, ruiny Warszawy i rzekę Bug z okna pociągu, krajobraz uprawnej ziemi po horyzont. Pamiętam łzy naszych bliskich, zapach jajecznicy, blinów i ziemniaków, swędzące ciało po ukąszeniach pluskiew po nocy spędzonej w drewnianej chacie mojej babci. Pod powiekami tkwią mi jeszcze obrazy drewnianych, malowanych na zielono-niebiesko domów, kobiet w kolorowych chustkach na głowach, mężczyzn w długich gumowych butach, cmentarz z mogiłami moich dziadków, ogrodzonymi niskimi płotkami, rzeczkę, chyba dopływ Uszy, w której przed wojną rodzice łowili ryby i raki.

Potem byłam tam jeszcze dwukrotnie i za każdym razem z ogromną ciekawością stron rodzinnych moich rodziców, ale też z uczuciem ulgi, kiedy wracałam do domu w naszym, wolnym kraju. Mimo, że prawdziwa wolność dopiero była przed nami.

Po latach, kiedy odeszli moi najbliżsi, i kiedy wiedziałam, że mogę już nie odszukać śladów pozostawionych przez nich na tamtej ziemi, coraz bardziej nękała mnie myśl, że muszę moim córkom pokazać, gdzie są, a może już tylko były, ich korzenie.  

W końcu nadszedł taki czas, że mogliśmy przeznaczyć dwa tygodnie, na przełomie czerwca i lipca, na wspólną podróż. Uznaliśmy, że wpleciemy Białoruś w trasę objazdową po krajach nadbałtyckich. Zapowiadało się piękne lato, liczyliśmy więc na pomyślne warunki do podróżowania samochodem. 

Rozpoczęliśmy od znalezienia miejsca na pobyt na Białorusi w pobliżu miejscowości Mołodeczno, skąd moglibyśmy spróbować odszukać rodzinę, doświadczyć życia codziennego w tym kraju, zrobić wypad do Mińska. Wybór padł na skansen/wieś muzeum Zabroddzie,  kilkanaście kilometrów na północ od Mołodeczna, gdzie zarezerwowaliśmy w serwisie booking.com autentyczną, białoruską, wiejską chatę. Rezerwacja hotelowa była jednym z warunków uzyskania wizy turystycznej na Białoruś.

Informacje praktyczne - wizy na Białoruś

Wizy załatwiliśmy za pośrednictwem firmy Global Airline Services, agenta lotniczego i turystycznego w Warszawie. Oprócz rezerwacji hotelowej, skanów paszportów, zdjęć konieczne było wykupienie vouchera  turystycznego i ubezpieczenia zdrowotnego, w czym również pośredniczył agent, wypełnienie na stronie ambasady białoruskiej wniosku wizowego, wydrukowanie i podpisanie, a także sporządzenie dokładnego planu na każdy dzień pobytu. Koszt uzyskania czterech wiz, łącznie z kosztami pośrednictwa i ubezpieczenia, wyniósł około 750 zł.

Aktualnie na Białorusi bez wymogu posiadania wizy i wyłącznie w celach turystycznych można przebywać do 15 dni w specjalnym turystyczno-rekreacyjnym Parku „Kanał Augustowski” oraz strefie turystyczno-rekreacyjnej „Brześć-Grodno”. 

Obecnie istnieje też możliwość bezwizowego wjazdu, na nie więcej niż 30 dni, przez przejście graniczne “Lotnisko Narodowe “Mińsk” dla obywateli 74 państw, w tym Polski. Nowe przepisy dotyczą tylko osób podróżujących samolotami w obie strony (przylot i odlot z Mińska). W pozostałych przypadkach, niezależnie od celu pobytu, konieczne jest uzyskanie wizy.

Przejazd na Białoruś

Wizy odebraliśmy w siedzibie firmy Global Airline Services na Lotnisku Chopina i ruszyliśmy w drogę w kierunku granicy z Litwą. Na nocleg  zatrzymaliśmy się kilkanaście kilometrów od przejścia granicznego w Ogrodnikach w  gospodarstwie agroturystycznym Dolina Sarenek w  Hołnach Wolmera, gdzie następnego dnia uraczono nas pysznym śniadaniem, złożonym z lokalnych produktów oraz własnych przetworów i wypieków.

W drodze do Wilna, gdzie zamierzaliśmy spędzić noc przed wjazdem na Białoruś, zatrzymaliśmy się w Trokach, położonych 150 km od granicy z Polską i 30 km od stolicy Litwy. Na zwiedzanie zabytków tej największej po Wilnie atrakcji turystycznej Litwy, mogliśmy przeznaczyć zaledwie jeden dzień. Zachwycił nas zamek, położony na wyspie na jeziorze Galwe, nazwany przez Krzyżaków „małym Malborkiem”, a także  żółte, zielone i błękitne karaimskie domy z białymi, najczęściej trzema, oknami. Późnym popołudniem wjechaliśmy do Wilna, aby następnego dnia z samego rana pokonać granicę z Białorusią w Miednikach. 

Wjazd samochodem na Białoruś

Mimo obaw, przejechaliśmy przez przejście bez przeszkód, nasze dokumenty i wypełnione na granicy deklaracje, w tym deklaracja czasowego wjazdu samochodu, nie wzbudziły zastrzeżeń. Uskrzydleni życzliwością obsługi granicznej przejechaliśmy kilka kilometrów do stacji benzynowej, przy której znajdował się punkt obsługi klienta, gdzie zaopatrzono nas w pomiarowe urządzenie elektroniczne (OBU), umożliwiające podróżowanie po płatnym systemie dróg. Wypożycza się je za kaucją, na podstawie umowy, w jednym z punktów obsługi klienta rozmieszczonych przy wjazdach i wyjazdach z płatnych odcinków dróg oraz pomiędzy nimi. Opłaty są pobierane tylko w rublach białoruskich. Teraz mogliśmy już ruszyć w głąb kraju. 

Informacje praktyczne - urządzenie OBU

Podczas montażu urządzenia należy zwrócić uwagę na rodzaj szyby w samochodzie. W przypadku szyb metalizowanych urządzenie należy montować jedynie na „wykropkowanej” (przepuszczalnej dla fal radiowych) powierzchni w pobliżu lusterka wstecznego. W przypadku braku stref przepuszczalnych dla fal radiowych należy wykupić urządzenie pomiarowe z anteną zewnętrzną. Jeżeli podczas przejazdu pod bramką poboru opłat urządzenie nie zadziała, trzeba udać się do najbliższego punktu obsługi. Kara za brak opłaty wynosi 200 euro za każdą strefę poboru opłat. Kontroli poboru opłat dokonuje białoruska Inspekcja Transportowa. Pełna informacja na ten temat znajduje się na stronie białoruskiego operatora Beltoll.

Informacje praktyczne - samochodem po Białorusi

Na terenie Białorusi międzynarodowe prawo jazdy nie jest wymagane, natomiast milicja bardzo skrupulatnie kontroluje posiadanie przez kierowców obowiązkowego wyposażenia samochodu (apteczka, trójkąt ostrzegawczy, koło zapasowe), ważnego przeglądu technicznego oraz ubezpieczenia (tzw. zielonej karty). W apteczce samochodowej, w zestawie środków medyczno-opatrunkowych nie może zabraknąć m.in. 10-procentowego roztworu amoniaku, walidolu (lek nasercowy), jodyny, bandaży sterylnych i elastycznych, waty, plastrów opatrunkowych, opaski uciskowej bądź gumowego węża uciskowego, nożyczek z zaokrąglonymi końcówkami, rękawiczek chirurgicznych czy też chusteczek higienicznych. Stan apteczek samochodowych może być sprawdzany wyrywkowo zarówno przez białoruską straż graniczną jak i przez patrole milicji drogowej. W razie stwierdzenia uchybień i nieprzestrzegania zasad ruchu drogowego wymierzane są kary. 

Główne drogi Białorusi są szerokie, dobrze utrzymane i oznakowane, z wyjątkiem poboczy, które nocą są słabo widoczne. Podczas jazdy należy zachować dużą ostrożność, gdyż bardzo często się zdarza, że po autostradzie poruszają się piesi i zwierzęta domowe lub leżą na niej porzucone duże przedmioty. W nocy największym zagrożeniem są nieoświetlone pojazdy stojące na pasach ruchu. Miejscowi kierowcy, choć z reguły nie jeżdżą szybko, są dość niefrasobliwi: normą jest wolna jazda szybkim pasem ruchu, nieużywanie świateł (nawet po zmroku) i kierunkowskazów, gwałtowne skręcanie z niewłaściwego pasa lub wymuszanie pierwszeństwa przejazdu. Należy ściśle przestrzegać limitów prędkości, wprowadzanych znakami drogowymi. Dla samochodów osobowych, samochodów z przyczepą oraz ciężarowych poniżej 3,5 t wynoszą one:

    • w terenie zabudowanym – 60 km/h,
    • poza terenem zabudowanym – 90 km/h,
    • na autostradach – 110 lub 120 km/h.

Kierowcy powinni uwzględniać częste radarowe kontrole prędkości.

Oszmiana

Pierwszym większym miastem na naszej drodze była Oszmiana. Pamiętałam tę nazwę z opowiadań mamy.

Historia Oszmiany

Historia Oszmiany sięga XIV wieku. W czasach II Rzeczypospolitej była stolicą powiatu w województwie wileńskim. W okresie międzywojennym działały tu zakłady przemysłowe, funkcjonował teatr i gimnazjum im.Jana Śniadeckiego. Przy ulicy Piłsudskiego znajdował się szpital państwowy, liczący 60 łóżek. W mieście pracowało 15 lekarzy. We wrześniu 1939 r. Oszmianę zajęła Armia Czerwona. Miasto i jego mieszkańców dotknął okres przymusowej sowietyzacji. Sowiecka administracja kontrolowała miejscową gospodarkę, życie społeczne i kulturalne. Na wielu mieszkańców spadły represje, aresztowania i zsyłki w głąb ZSRR. 15 stycznia 1940 r. Oszmiana została stolicą rejonu w granicach obwodu wileńskiego. W 1941 r. miasto zajęli Niemcy. Utworzyli getto, w którym przeprowadzali akcje likwidacyjne ludności pochodzenia żydowskiego. W lipcu 1944 r. Oszmiana przeszła z powrotem pod kontrolę sowiecką. Została miastem rejonowym w obwodzie mołodeczańskim (od listopada 1960 r. – w obwodzie grodzieńskim).

W Oszmianie znaleźliśmy placówkę banku białoruskiego, gdzie wymieniliśmy euro na ruble białoruskie i staliśmy się na chwilę milionerami, ponieważ 1 euro warte było wówczas ponad 20 000 rubli.

Denominacja rubla białoruskiego

1 lipca 2016 r. nastąpiła denominacja białoruskiego rubla. Wprowadzone zostały nowe banknoty i monety. Skala denominacji wyniosła 1:10 000, tzn. jeden nowy białoruski rubel ma wartość 10 000 starych rubli. Do obiegu wprowadzonych zostało siedem nowych banknotów o nominałach 5, 10, 20, 50, 100, 200 i 500 rubli, a także osiem monet: 1, 2, 5, 10, 20 i 50 kopiejek oraz 1 i 2 ruble. 1 nowy rubel białoruski warty jest około 2 złotych. Warto przygotować sobie tabelkę z wartością poszczególnych banknotów, ułatwi to orientację.

Spokojni o stan naszych finansów ruszyliśmy ulicą Sowiecką, przy której zobaczyliśmy lśniącą bielą Cerkiew Zmartwychwstania, z błyszczącymi dwiema wieżami i błękitnymi dachami. Cerkiew zbudowano w latach 1873–1883.  Zamknięta została w 1964 r. i zdewastowana (zdjęto kopuły, zburzono dzwonnicę, we wnętrzu urządzono magazyn). Po odrestaurowaniu (1988–1990) przywrócono obiektowi funkcje sakralne.

Dowodem sowietyzacji Oszmiany są nazwy ulic, oprócz Sowieckiej jest też ulica Dzierżyńskiego. Niedaleko stoi pomnik Lenina, co specjalnie nas nie zdziwiło. Zaskoczył nas natomiast znak drogowy ze wskazaniem, że 100 metrów dalej znajdziemy się na ulicy Mickiewicza, która w czasie wojny była w granicach getta.

W pobliżu dostrzegliśmy wieże kościoła, wewnątrz którego trwały prace remontowe. Kościół św. Michała Archanioła wybudowany został ze środków króla Władysława Jagiełły na początku XV wieku. Współczesny kształt zyskał podczas renowacji w latach 1900-1906 w stylu baroku wileńskiego. Od 1950 r.  w budynku kościoła działała fabryka, msze wznowiono w 1990 r. Weszliśmy do środka w trakcie polskiej mszy pogrzebowej.

Skansen Zabroddzie

Celem naszej podróży było Mołodeczno, gdzie miałam nadzieję odszukać krewnych ze strony mojej mamy. Najpierw jednak ruszyliśmy do naszego skansenu/muzeum w Zabroddziu, 60 km od Oszmiany. Zakwaterowano nas w jednej z chat na terenie skansenu, w której były dwie izby z oryginalnymi, białoruskimi sprzętami, piecem i toaletą w drewnianym domku niedaleko chaty. Na terenie skansenu były jeszcze autentyczna funkcjonująca stuletnia łaźnia, stodoła z miejscem do spania na sianie, muzeum samochodów cywilnych i wojskowych, a nawet samoloty.  Na powitanie czekała na nas na stole buteleczka samogonu, chleb i kiszone ogórki.

Gospodarz okazał się niesłychanie miły, gościnny i uczynny. Kiedy opowiedzieliśmy mu o celu podróży, dał nam swojego GPS-a, żebyśmy mogli dotrzeć pod jedyny ostatni adres w Mołodecznie, jaki mi pozostał na kopercie listu, sprzed ponad trzydziestu lat, od siostrzenicy mojej mamy. W 2015 r. aplikacje na komórki nie miały szczegółowych map Białorusi, wskazywały jedynie główne drogi.

Mołodeczno

Do Mołodeczna było 30 km. GPS zaprowadził nas na ulicę Leśną. Zadzwoniliśmy do bramy, wyszła pani, która nie miała pojęcia, dokąd wyprowadziła się poprzednia właścicielka. Wiedziała tylko, że jej córka pracowała w banku w centrum miasta. Pojechaliśmy więc miasta.

Historia Mołodeczna

Historia Mołodeczna sięga XIV wieku. Na kartach historii miasteczka pojawiło się wiele znanych postaci: wielki kanclerz litewski Lew Sapieha, podkomorzy żmudzki Stanisław Szemiott, Michał Kazimierz Kociełł, podskarbi litewski, Tadeusz Ogiński, kasztelan trocki i pisarz litewski, jego syn Franciszek Ksawery Ogiński. W wyniku drugiego rozbioru Polski w roku 1793, Mołodeczno weszło w skład Imperium Rosyjskiego (powiat wilejski). W 1812 r. przez Mołodeczno przemaszerowały wojska napoleońskie, wracające spod Moskwy. Cesarz Francuzów zatrzymał się w pałacu Ogińskich, przenocował tu i porzucił resztki wielkiej armii.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 r., Mołodeczno znalazło się w granicach II Rzeczpospolitej, w województwie wileńskim, jako siedziba wiejskiej gminy Mołodeczno. Od września 1922 r. do września 1939 r. miasto było garnizonem 86 Pułku Piechoty. W kampanii wrześniowej 1939 r., w której brał udział mój ojciec, pułk walczył w składzie 19 Dywizji Piechoty. 17 września 1939 r. Mołodeczno zostało włączone w skład Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. 25 czerwca 1941 r. zostało zajęte przez wojska hitlerowskie. W północno-wschodniej części miasta, przy ulicy Maksima Gorkiego (Zamkowej), został utworzony Stalag Nr 342 – obóz jeniecki. Do czerwca 1944 r. w obozie zginęło 33 150 osób. Mołodeczno zostało wyzwolone 5 lipca 1944 r. przez wojska Trzeciego Frontu Białoruskiego. Od 1960 r. należy do obwodu mińskiego.

Gdy wjechaliśmy do centrum miasta, było już późne popołudnie. Nie mieliśmy nadziei na odszukanie kogokolwiek z krewnych, tym bardziej, że bank już był zamknięty. Postanowiliśmy rozejrzeć się po mieście. Z podróży sprzed lat pamiętałam jedynie budynek cerkwi i gmach dworca kolejowego. Mołodeczno w czasie wojny przechodziło z rąk do rąk, mama wspominała o bombardowaniach, przed którymi chronili się w wykopanym w ogrodzie schronie. W czasie II wojny światowej zniszczone bądź spalone zostały 363 budynki mieszkalne i 755 użytkowych, dwa drewniane budynki szpitalne na 80 łóżek i lecznica chorób zakaźnych na 40 łóżek, budynki przychodni, polikliniki dziecięcej, budynek sanepidu i piętrowa miejska apteka, budynek żłobka na 40 miejsc i dwie szkoły. Zburzony został mołodeczański węzeł kolejowy. W mieście zachowało się zatem niewiele historycznych budowli. 

Zapamiętana przeze mnie Cerkiew Wstawiennictwa Najświętszej Bogurodzicy została zbudowana w latach 1867-1871 w stylu charakterystycznym dla świątyń prawosławnych końca XIX wieku i jest to jedyna świątynia z tego okresu. Pozostałe cerkwie i kościoły zostały wzniesione po 1990 r., są to więc współczesne budowle, niemniej imponują ciekawą architekturą i wielkością.

Budynek dworca kolejowego został wzniesiony w 1907 r. w charakterystycznym dla początku XX wieku stylu architektonicznym. W mojej pamięci zachował się jako ciekawy, ale szary i raczej zaniedbany budynek. Tymczasem zobaczyliśmy piękny, okazały, zadbany obiekt, znakomicie zachowany i utrzymany. Patrząc na tory kolejowe, myślałam o rodzicach, którzy stali na tym peronie w mroźny, styczniowy dzień 1945 r. i czekali na transport do Polski. 

Obeszliśmy centrum miasta, szukając miejsca na obiad. Na głównej ulicy znaleźliśmy tylko bar w stylu lat 80-tych, w którym zdecydowaliśmy się bez entuzjazmu coś zjeść. Sfotografowaliśmy pomnik Lenina na Placu Centralnym i Jana Pawła II przed kościołem katolickim i ruszyliśmy na noc do naszego skansenu, łapiąc w obiektywach aparatów zachodzące słońce. 

Okolice Mołodeczna

Następnego dnia, po śniadaniu z pięciu jaj (nas było czworo), sadzonych na boczku, smacznym wprawdzie, ale trochę mało obfitym, pojechaliśmy do miasta. W informacji bankowej zapytaliśmy o krewną, podając tylko jej imię i imię i nazwisko jej matki oraz to, że nic więcej o niej nie wiemy i że jesteśmy z Polski. Sympatyczny pan zadzwonił do długoletniej pracownicy banku, która wszystko o wszystkich powinna wiedzieć. I rzeczywiście, mimo że córka naszej krewnej pracowała w innym oddziale tego banku i tego dnia miała dzień wolny, odnaleziono ją i powiadomiono o naszym przyjeździe. Przedpołudnie spędziliśmy z odnalezioną rodziną, wzruszeni ich gościnnością. 

Mając lokalnego przewodnika w osobie siostrzenicy mojej mamy, najbliższej mi krewnej, pojechaliśmy do miejsc, które pamiętałam i które najbardziej wiązały się z historią mojej rodziny. Utkwiły mi w pamięci zwłaszcza Bojary, wieś pod Mołodecznem, w której urodziła się moja mama. Tam pokazałam moim córkom miejsce, gdzie stał jej dom rodzinny. Dzięki obecnym mieszkańcom mogliśmy także wejść do domu jej brata, w którym byłam jako dziecko. Spotkaliśmy tam też staruszkę, miała być żoną wujka, którego nie znałam i tego epizodu nie pamiętałam. Obok, we wsi Damasze, mieszkała rodzina brata mojego dziadka. Pozostała z tego okresu jedna, kolorowa chata w ogrodzie pełnym kwiatów.

Na pobliskim cmentarzu znaleźliśmy w gąszczu chwastów mogiły mojej cioci z mężem. Groby dziadków zostały zniszczone podczas budowy zapory  wodnej, w wyniku której powstało jezioro pod samą wsią. Wracaliśmy do Zabrodzia zadowoleni i szczęśliwi, że nasza wyprawa na Białoruś nie pozostanie wyłącznie krajoznawczą wycieczką. 

Przed białoruską chatą

W skansenie czekał na nas obiad w postaci czerwonego barszczu i ziemniaczanej kiszki, której smak pamiętałam z rodzinnego domu. Gospodarz zaprosił nas do obejrzenia eksponatów w muzeum, mogliśmy także popróbować spania na sianie, a na następny, ostatni już wieczór, zaproponował nam kąpiel w białoruskiej stuletniej bani (łaźni), opalanej drewnem, wyposażonej w witki brzozowe do chłostania. Zrobiliśmy jeszcze sesję zdjęciową pod białoruską chatą, na wzór zdjęć, które miałam w rodzinnym albumie.

Wycieczka do Mińska

Droga z Zabroddzia do Mińska prowadziła przez wsie, których nazwy pamiętałam z dzieciństwa:  Tatarszczina, Miasota, Kościuszki, Radoszkowicze. W Miasocie mój ojciec dzierżawił młyn, który spłonął w czasie wojny. Nieco ponad 100 km pokonaliśmy w około 1,5 godziny. Samochód zaparkowaliśmy w pobliżu mińskiego dworca głównego, gdzie przywitały nas dwie socrealistyczne, bliźniacze wieże – Wrota Miasta. Na jednej z  wież zamontowany jest zegar o średnicy 3,5 metra, największy na Białorusi, na drugiej herb Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej.

Historia Mińska

Historia Mińska sięga XI wieku. Od 1101 r. był stolicą księstwa mińskiego, od około 1300 r. wszedł w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego, a po unii lubelskiej w 1569 r. był częścią Rzeczpospolitej Obojga Narodów. W 1664 r. miasto trzy razy odwiedził król Jan II Kazimierz Waza. Pod koniec XVII wieku miasto było ufortyfikowane wałami ziemnymi, znajdował się w nim zamek starosty, murowany dwór Hlebowicza oraz liczne klasztory. W latach 1700–1710 wzniesiono nowy kościół jezuitów, od 1798 kościół katedralny pw. Imienia Najświętszej Maryi Panny. W 1708 r. miasto zostało spalone przez Rosjan na rozkaz cara Piotra I,  potem okupowane przez armię rosyjską. Po II rozbiorze Polski od 1793 r. Mińsk znajdował się pod zaborem rosyjskim. W czasie I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej miasto przechodziło z rąk Niemców, polskich i białoruskich mieszkańców, w ręce bolszewików, by na krótko od sierpnia 1919 r. do lipca 1920 r. przebywać pod polską administracją.

W 1920 r. Mińsk został włączony do ZSRR i po II wojnie światowej, po odbiciu przez Armię Czerwoną z rąk hitlerowskich, pozostał stolicą Białoruskiej SSR. Miasto było całkowicie zniszczone i zostało na nowo zbudowane jako idealne, socjalistyczne miasto, prezent od Stalina. Od 1991 r. Mińsk jest stolicą suwerennej Republiki Białorusi oraz centrum politycznym i kulturowym białoruskiego narodu. Dzień 3 lipca, upamiętniający datę wyzwolenia terenów Białorusi przez Armię Czerwoną spod okupacji niemieckiej (3 lipca 1944), jest świętem narodowym Białorusi. 

Na przestrzeni wieków swojej historii Mińsk był wiele razy całkowicie niszczony, nie pozostało w nim zatem dużo zabytków przeszłości. Są w nim natomiast wielkie place, szerokie arterie, ogromne pałace, muzea, gigantyczne budynki, parki, wiele pomników i symboli minionej epoki. W mieście uderzająca jest niesamowita czystość, spokój i porządek. 

Nasza wycieczka do Mińska wypadła 3 lipca, a więc w największe święto Białorusi. Przyjechaliśmy w południe, mocno grzało lipcowe słońce. Główne uroczystości państwowe już się skończyły, ale na głównej arterii miasta, Prospekcie Niepodległości, jeszcze wiele się działo. Szliśmy tą aleją, czując się trochę jak przed laty w kraju w święto pierwszomajowe. Ulice i place udekorowane czerwonymi i zielonymi flagami, kolorami Białorusi, wielkie plakaty z napisami „3 lipca” i „Święto Niepodległości”, na placach i w parkach dzieci w ludowych strojach, mnóstwo czerwonych kwiatów na skwerach.

Przy alei Niepodległości znajdują się główne państwowe i, nawiązujące do komunistycznej przeszłości, budowle i pomniki: ponury budynek siedziby białoruskiego KGB i pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, Plac Październikowy z ogromnym Pałacem Republiki, Plac Niepodległości z Domem Rządowym i pomnikiem Lenina, budynkiem magistratu i uniwersytetu mińskiego oraz hotelem Mińsk. W podziemiach pod powierzchnią placu wybudowano trzykondygnacyjne centrum handlowe Stolica. Z wielkimi szarymi rządowymi budynkami, zaraz za kopułą fontanny, na której umieszczono trzy wzlatujące w niebo ptaki, kontrastuje czerwony katolicki kościół świętych Szymona i Heleny z figurą Jana Pawła II przed budynkiem. Na końcu alei Niepodległości znajduje się Plac Zwycięstwa z majestatycznym obeliskiem, na szczycie którego błyszczy radziecka gwiazda z napisem Pabieda – Zwycięstwo. 

Przeszliśmy przez most na drugą stroną alei Niepodległości, gdzie w parku odbywały się występy dzieci, w licznych kramach sprzedawano lody, napoje, jedzenie i watę cukrową. Wokół niedalekiego gmachu cyrku stały figury, przedstawiające postacie występujące na arenie. Ponieważ zaczął doskwierać nam głód i pragnienie, usiedliśmy w przyjemnej restauracji ze stolikami na ulicznym patio, gdzie zjedliśmy pyszne, gorące, chrupiące draniki (placki ziemniaczane) ze śmietaną i wypiliśmy kwas chlebowy.

Nieoczekiwane spotkanie

Wracaliśmy przez nowoczesne osiedla mieszkaniowe Mińska, zabudowane ogromnymi wieżowcami. Przed Mołodecznem zauważyłam tablicę z napisem Ciurle. We wsi tej mieszkała rodzina nieżyjącego już syna mojej cioci, u których gościłam wraz z mamą podczas mojego drugiego pobytu na Białorusi w 1970 r. Zatrzymaliśmy się przy niewielkim sklepie koło szosy. Weszłam do środka i zapytałam, czy ktoś zna może wdowę. Odezwał się klient sklepu, mówiąc, że tak, to córka bohaterki Związku Radzieckiego z racji zasług w pracy w ówczesnym kołchozie. Wskazał mi kobietę, wkładającą butelkę mleka do koszyka. W pierwszej chwili nie poznałam jej, ona natomiast ze słowami: ”Irena, ty takaja krasiwaja była” wyściskała mnie i poleciła jechać za sobą i jej rowerem. Znowu poprosiłam o zawiezienie na mogiłę jej męża i matki, a gdy wróciliśmy z cmentarza, zostaliśmy przyjęci z niesamowitą gościnnością, “czym chata bogata”, przez całą rodzinę, która w tym czasie się zbiegła. Wizyta była niestety krótka, bo w naszym skansenie czekał rozpalony piec w białoruskiej łaźni.

Powrót na Litwę

Po śniadaniu i spacerze po okolicy oraz zrobieniu ostatnich fotek ruszyliśmy w stronę granicy. W tym samym punkcie obsługi klienta oddaliśmy nasze samochodowe urządzenie kontrolne i otrzymaliśmy zwrot kaucji oraz niewykorzystaną kwotę opłaty za przejazdy. Ponieważ rubli białoruskich nie można wywozić, zatankowaliśmy na stacji benzynowej do pełna. Zostało nam jeszcze parę tysięcy rubli, które wydaliśmy w sklepie wolnocłowym na granicy, bogato zaopatrzonym, szczególnie we wszelkiego rodzaju alkohole. Przejazd przez przejście graniczne zajął niestety około trzech godzin, ale wyłącznie z powodu kolejki oczekujących na wyjazd. 

Pozostawiliśmy Białoruś za sobą z przeświadczeniem, że musimy tu jeszcze kiedyś wrócić. Mieliśmy zbyt mało czasu, żeby dotrzeć do wszystkich tych miejsc, których nazwy pamiętałam z opowiadań mamy. Nie próbowaliśmy nawet odnaleźć śladów mojego ojca. On sam urodził się w Krewie, może jeszcze gdzieś tam dzieci jego rodzeństwa udałoby się odszukać. Białoruś przez lata była krajem, gdzie czas się zatrzymał, a mieszkańcy nigdzie nie wyjeżdżali. W miastach i wsiach, mimo ogromu kataklizmów, które nawiedziły ten kraj, znaleźć można wiele wspaniałych zabytków architektury i kultury, a Białorusini to niezwykle gościnni ludzie. 

Tadeusz Konwicki tak pisał o Białorusi:

„Nie wryłaś się w ludzką pamięć, Białorusi. Nie odbierałaś innym wolności, nie rabowałaś cudzej ziemi, nie mordowałaś ludzi zza sąsiedzkiej miedzy. Miałaś dla obcych szacunek i gościnny kołacz, miałaś dla rabusiów ostatnią krowę i ostatnią kromkę żytniego chleba ze znakiem krzyża, miałaś dla nieszczęśliwych krwawiące serce i biedne niepieszczone życie do oddania. Dlatego mało kto Ciebie pamięta.”

My zapamiętamy i na pewno tutaj wrócimy.

Amasra widok na miasto

Tureckie wybrzeże Morza Czarnego

Wybrzeże Morza Czarnego ciągnie się wzdłuż całej północnej granicy Turcji. Jego wschodnią część, z miastami Rize i Trabzon, opisałam w poprzedniej relacji, poświęconej Górom Pontyjskim. Ostatni etap naszej wycieczki wiódł wzdłuż morza, do miasta Amasra, a stamtąd do Stambułu.

Jadąc z klasztoru Sumela na wybrzeże, mijaliśmy już nieco mniej zalesione zbocza górskie, tamy i sztuczne jeziora. Jedną z ciekawostek była miejscowość Özkürtün. Na jej rogatkach, obok wielkiego napisu – nazwy miasta, poustawiano naturalnych rozmiarów figury zwierząt gospodarskich i ludzi, a do jednej z liter była przywiązana żywa koza.

Giresun

Po południu dotarliśmy do Giresun. Historia miasta sięga VI w. p.n.e., ale najstarszym zachowanym zabytkiem są ruiny zamku z czasów pontyjskich. Zbudowano go na wzgórzu, nad zatoką w północnej części miasta. Z fortecy zachowała się centralna wieża i część połączonych z nią murów. Zamek został przebudowany na początku XIV w. i był wtedy jednym z umocnień Imperium Trabzonu, mającym chronić go przed Turkami.

Z murów roztacza się widok na miasto i morze, a zalesiony teren wokół wieży jest popularnym miejscem pikników. W najwyższym punkcie zamku pochowano kilku ważnych Turków, m.in. osobistego ochroniarza Atatürka.

Po obejrzeniu twierdzy zeszliśmy do centrum miasta, gdzie znaleźliśmy zadaszoną uliczkę z restauracjami, idealne miejsce na obiad.

Giresun i pobliskie Ordu słyną z upraw orzechów laskowych, których Turcja produkuje najwięcej na świecie. Na centralnym placu miasta stoi pomnik zbieraczy orzechów, a okoliczne sklepy sprzedają je pod różnymi postaciami, od bardzo świeżych, jeszcze z liściastą otoczką, przez łuskane, do wyrobów z orzechami.

Nasz kolejny hotel mieścił się w nowszej części miasta. Był to butikowy obiekt z motywami muzycznymi, w którym mieściło się tylko kilka pokoi i centrum spa. Pokoje nazwano dźwiękami z gamy: Do, Re, Mi…, a prysznic i umywalka w łazience miały wycięcia w kształcie instrumentów muzycznych, które można było podświetlić w różnych kolorach. Skorzystaliśmy z sauny i hammamu, które szczęśliwie mieliśmy tylko dla siebie.

Ordu

Rano pojechaliśmy do Ordu. Zaparkowaliśmy na jednym z wielkich darmowych parkingów przy stacji kolejki linowej, największej atrakcji miasta. Zbudowana w 2012 r. kolejka ma 2350 m długości  i prowadzi z centrum miasta na szczyt 500-metrowego wzgórza Boztepe. Ze wzgórza roztacza się panoramiczny widok na Ordu i wybrzeże Morza Czarnego. Na szczycie mieszczą się sklepiki z pamiątkami, knajpki i hotel. Bilet w obie strony kosztuje 9 lir.

Samsun

Po wycieczce na Boztepe i krótkim spacerze po centrum Ordu, ruszyliśmy do Samsun. To największe miasto na tureckim wybrzeżu Morza Czarnego, w którym mieszka ponad pół miliona osób. Mimo kilku tysięcy lat historii, najbardziej znane jest z wydarzeń z początku XX w. W 1919 r. Mustafa Kemal Atatürk został tam wysłany dekretem sułtana, aby nadzorować proces rozwiązania armii osmańskiej, zarządzony przez mocarstwa Ententy okupujące stolicę i nadzorujące osmański rząd. Mustafa Kemal, w towarzystwie 22 oficerów, 25 żołnierzy i 8 pracowników administracyjnych, płynął w trudnych warunkach z Konstantynopola, na starym parowcu Bandırma, z niedziałającym kompasem, i zawinął do Samsun 19 maja 1919 r. Wbrew rozkazom rządu osmańskiego, zawiązał tu turecki ruch narodowy, który po prawie 4 latach doprowadził do proklamacji Republiki Turcji. Data przypłynięcia Atatürka do Samsun uważana jest za początek wojny o niepodległość Turcji.

Statek Bandırma uległ zniszczeniu krótko po wojnie, ale jego replika stoi w nadmorskim parku niedaleko centrum miasta. Park był pierwszym miejscem, w którym się zatrzymaliśmy. Oprócz statku, stoją tam jeszcze płaskorzeźby upamiętniające wydarzenia z wojny o niepodległość oraz armata, torpeda, miny podwodne i samolot wojskowy. Wstęp na teren parku kosztuje 2 liry. W niewielkim muzeum na pokładzie statku, znajdują się woskowe figury Atatürka i jego towarzyszy, wyposażenie okrętu i mapy. 

Po obejrzeniu statku pojechaliśmy do centrum miasta. Na zatłoczonych ulicach trudno było znaleźć miejsce postojowe, a wjazd na podziemny parking był zablokowany. W końcu zatrzymaliśmy się w miejscu teoretycznie płatnym. Jednak w Turcji nie ma parkometrów. Jeżeli chodzący po ulicach parkingowy podejdzie, to się płaci. Jeśli akurat nie ma go w pobliżu, parkuje się za darmo i nie trzeba obawiać się mandatu. Okolica przypominała mi Stambuł w miniaturce: wszędzie tłumy ludzi i stojące w korkach samochody. 

Obeszliśmy ścisłe centrum i odwiedziliśmy Gazi Müzesi, muzeum dedykowane Atatürkowi. Budynek hotelu Mıntıka Palas, zbudowanego na początku XX w., był opuszczony, gdy w 1919 r. Atatürk przybył do miasta. Władze postanowiły zakwaterować go w nim wraz z jego świtą i przeznaczyć gmach na jego siedzibę jako inspektora armii. Po wojnie o niepodległość, budynek został mu podarowany. Atatürk przebywał tu kilkakrotnie. Po jego śmierci, pierwsze piętro zostało przekształcone w muzeum, a na parterze działała biblioteka, a później teatr kameralny. Obecnie cały budynek jest muzeum, dostępnym za darmo. Na parterze znajduje się galeria ze zdjęciami z okresu od 19 maja 1919 do proklamowania Republiki oraz broń i ubrania wodza. Na piętrze eksponowane są rzeczy Atatürka, jego sypialnia i gabinet.

Synopa

Po krótkim odpoczynku, herbacie i słodkiej przekąsce w cukierni, pojechaliśmy do naszego celu na ten dzień, do Synopy (Sinop). Wysunięty w morze cypel był idealnym miejscem na port morski. Na miejscu osady założonej już przez Hetytów, w VII w. p.n.e. greccy osadnicy z Miletu założyli miasto, które rozwinęło się jako ważny port, biło własną monetę, a nawet zakładało własne kolonie.  Z Synopy pochodził grecki filozof Diogenes. Przez wieki miasto przechodziło z rąk do rąk, aż w XV w. zdobył je sułtan Mehmed II. W 1853 r., w czasie wojny krymskiej, odbyła się tu znana bitwa morska, w której Rosja pokonała flotę turecką. Obecnie miejscowość, w której żyje ok. 50 tys. osób, jest popularnym miejscem wypoczynku dla mieszkańców Stambułu i Ankary.  

Dotarliśmy do Synopy późnym popołudniem. Turystyczne centrum miasteczka, ciągnące się wzdłuż południowego brzegu cypla, pełne było ludzi i samochodów. Szczęśliwie zobaczyliśmy jedyne wolne darmowe miejsce przy samej promenadzie portowej. Szybko, ponieważ było tuż przed zamknięciem, przeszliśmy do więzienia, mieszczącego się po drugiej stronie starówki. Więzienie, będące obecnie muzeum, jest jedną z atrakcji miasta. Pobudowano je w XIX w. wewnątrz starej fortecy i było jednym z najstarszych w Turcji. Poeci i pisarze tureccy, którzy odsiadywali w nim swoje wyroki, opisywali je w swoich dziełach. Po zamknięciu, służyło za plan zdjęciowy popularnych tureckich seriali. Więzienie zrobiło na nas przygnębiające wrażenie, tym bardziej, że w środku zobaczyliśmy nawet budynek, w którym przetrzymywano dzieci.

Znacznie przyjemniejszym miejscem była południowa, zewnętrzna część fortecy. Pierwsze fortyfikacje zbudowali tu już osadnicy z Miletu. Wielokrotnie rozbudowywane mury mają 18 m wysokości i 3 metry szerokości. Zachowało się 11 wież strażniczych, wysokich na 22 m. Z fragmentu murów, na który można wejść, rozciąga się widok na port i miasto.

Po zwiedzaniu poszliśmy na obiad. Synopa słynie z mantı, pierożków ravioli z farszem mięsnym, polanych jogurtem lub posypanych siekanymi orzechami. Porcja kosztuje ok. 22 liry. Po jedzeniu usiedliśmy w herbaciarni przy porcie. Stało tam sporo statków wycieczkowych, oferujących krótkie, ale kosztujące jedynie 10 lir, rejsy wzdłuż wybrzeża. Po zachodzie słońca przeszliśmy typową portową promenadą, pełną straganów z pamiątkami i przekąskami, głównie gotowaną kukurydzą.

W Synopie nie było zbyt dużo miejsc noclegowych do wyboru, więc tym razem mieszkaliśmy w tanim pensjonacie na skraju miasta. Pokój był mały, prosto urządzony, a łazienka miniaturowa. Ale serwowano dobre śniadanie na tarasie na dachu, z ładnym widokiem na morze.

Zatoka Hamsilos i przylądek İnceburun

Rano objechaliśmy cypel dookoła i pojechaliśmy do zatoki Hamsilos. Miejsce, leżące zaledwie 11 km od Synopy, nazywane jest jedynym fiordem w Turcji. W rzeczywistości jest to zatoczka o nieco spadzistych brzegach porośniętych lasem. Ładnie zagospodarowana, z drewnianymi pomostami, przystaniami dla łodzi, jest obszarem chronionym i popularnym miejscem wypoczynku mieszkańców Synopy. 

Kawałek dalej znajduje się najbardziej wysunięty na północ skrawek Turcji, przylądek İnceburun. Prowadzi do niego wąska droga, którą w pewnym momencie zablokowało stado krów. Kierowca samochodu jadącego przed nami wysiadł i z trudem rękami przepychał je z drogi, bo nie reagowały na klakson. Gdy wracaliśmy tą samą drogą, krowy były już bardziej skłonne do przepuszczenia samochodu i po prostu przemaszerowały obok. 

Na skraju skalistego cypla İnceburun stoi latarnia morska z XIX w. Biała wieża ma 12 m wysokości i przylega do niej jednopiętrowy budynek latarnika. Latarnia nadal działa i jest obsługiwana od pięciu pokoleń przez tą samą rodzinę. Można do niej podejść, ale wnętrze jest niedostępne dla zwiedzających. 

Droga do Amasry

Z İnceburun ruszyliśmy w drogę wzdłuż wybrzeża do Amasry. GPS wskazywał kilka szybszych tras drogami w głębi lądu, ale wcześniej w przewodniku i w internecie przeczytałam, że droga prowadząca nad morzem jest jedną z najpiękniejszych, a nieznanych tras widokowych. Licząc na widoki na miarę Australii czy Kaliforni, nalegałam, żebyśmy się nią przejechali. I to był błąd. Trasa, teoretycznie krótsza niż pozostałe, wiodła na szczęście mało uczęszczaną, ale złej jakości krętą drogą, prowadzącą po zboczach wzgórz. W przeważającej części nie było nawet widać morza, a opisywane w internecie pluskające się w wodzie delfiny można było sobie co najwyżej wyobrazić. Jazda przez 5 godzin po serpentynach była bardzo męcząca, brakowało miejsc, żeby gdzieś stanąć i zrobić zdjęcie. Do kilku opisywanych w przewodniku miasteczek trzeba by było zjechać z głównej drogi.

W końcu, kawałek przed Amasrą wyjechaliśmy na drogę szybkiego ruchu. Zdecydowaliśmy się zostawić zwiedzanie miasta na następny dzień i pojechaliśmy do pobliskiego Bartın  gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel.

Bartın

W Bartın mieliśmy spędzić dwie noce, ponieważ na koniec wyprawy zależało mi na krótkim odpoczynku i pobycie na plaży. Miasto, mimo ponad 3 tysięcy lat historii, nie ma jakichś szczególnych zabytków. Przepływa przez nie rzeka, wzdłuż której rozciąga się park. Przypomina to trochę stary kanał bydgoski. Gdzieniegdzie w mieście można zobaczyć stare drewniane osmańskie domy. Trafiliśmy na targ tureckich produktów, głównie spożywczych, gdzie mogliśmy spróbować wędlin, kawy, lokum czy moich ulubionych çiğ köfte. Nieopodal znaleźliśmy restaurację, która miała w nazwie „Urfa”, tak jak sprawdzone przez nas restauracje w Antalyi, więc wstąpiliśmy tam na obiad. I nie żałowaliśmy, bo mieli duży wybór kebabów, bogate zakąski i przystępne ceny.

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, miał przyjemne centrum spa i też spełnił nasze oczekiwania. Był nawet lepszy od 4-gwiazdkowego Mercure w Stambule, w którym nocowaliśmy później.

Amasra

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Amasry i wypoczynek na plaży. Amasra jest najładniejszym miejscem na tureckim wybrzeżu Morza Czarnego. To małe miasteczko, liczące tylko 7 tys. mieszkańców. Ma ładne, piaszczyste, miejskie plaże i dwie wyspy. Na Wielką Wyspę prowadzi most, na niezamieszkałą Wyspę Króliczą można dotrzeć tylko łodzią.

Na stałym lądzie działa przyciągający turystów bazar z pamiątkami i port, z którego odpływają statki wycieczkowe. Kamienny most prowadzi na wyspę, na której pobudowano otoczoną bizantyjskimi murami twierdzę. Obecnie większą część terenu za murami zajmują budynki mieszkalne. Z herbaciarni na szczycie wzgórza można podziwiać Wyspę Króliczą, plażę i centrum miasta. Na lądzie warto pochodzić po starych uliczkach i poszukać małego bizantyjskiego kościoła z IX w.

Po obejrzeniu miasteczka, poszliśmy do portu, gdzie zjedliśmy balık ekmek, smażoną rybę w pszennej bułce. Jest to popularne danie w miejscach, gdzie można dostać świeże ryby, np. na moście Galata w Stambule.

Plaża İnkumu

Po lunchu pojechaliśmy na plażę. Wybraliśmy İnkumu, na zachód od Bartın. Była sobota, więc na wielkim parkingu ledwo znaleźliśmy wolne miejsce. Za to na plaży miejsca było pod dostatkiem. Wszystkie udogodnienia, przebieralnie, toalety i prysznice były płatne, a leżaki i parasole dwa razy droższe niż nad Morzem Śródziemnym. Plaża była szeroka i piaszczysta, a woda znacznie chłodniejsza niż na południu Turcji. Było ciepło i słonecznie, ale wietrznie.

Na obiad wróciliśmy do Bartın, a rano ruszyliśmy do Stambułu.

Droga do Stambułu

Niedaleko Bartın leży kolejna turecka perełka, miasteczko Safranbolu. Ponieważ byliśmy tam dwa lata temu, tym razem je ominęliśmy. Pojechaliśmy wzdłuż wybrzeża i zatrzymaliśmy się na chwilę w Zonguldak, ponieważ zainteresowały mnie internetowe zdjęcia bramy stojącej w wodzie, sprawiającej wrażenie starożytnej. Na miejscu okazało się, że w regionie wydobywa się węgiel kamienny, a brama z XIX w. należy do kompanii węglowej.

W porze lunchu zatrzymaliśmy się w mieście Akçakoca. Miałam ochotę na kokoreç, ale żaden z nadmorskich barów ich nie serwował, więc musiałam zadowolić się lahmacunem. W czasie krótkiego spaceru wzdłuż wybrzeża zobaczyliśmy nowoczesny meczet o niespotykanym kształcie.

Mimo niedzielnego popołudnia, autostrada z Ankary do Stambułu nie była bardzo zatłoczona. Chciałam uniknąć męczącej jazdy przez centrum miasta, dlatego zarezerwowałam nocleg w hotelu w dzielnicy biznesowej po azjatyckiej stronie. Ponieważ niedaleko znajduje się wioska Polonezköy, postanowiliśmy skorzystać z okazji i ją odwiedzić.

Polonezköy

Polonezköy (lub Adampol) to osada polskich imigrantów na obrzeżach Stambułu. Została założona w XIX w. przez byłych uczestników powstania listopadowego. Z inicjatywy ks. Adama Czartoryskiego nabyto nieuprawiane tereny, na których pobudowano wieś. Oprócz powstańców osiedlano tu także wykupionych z niewoli tureckiej i czerkieskiej polskich jeńców. Przez sto lat, otoczony lasami Adampol był oazą kultury staropolskiej. Ale obecnie, z powodu rozrostu Stambułu i wchłonięcia wsi do miasta, żyje tam tylko kilkadziesiąt osób pochodzenia polskiego.

Polonezköy nadal otoczone jest lasem, a przez wieś biegnie jedna ulica. Mieszczą się przy niej drogie restauracje w formie zajazdów ze stołami na zewnątrz, do których przyjeżdżają mieszkańcy Stambułu. Znaleźliśmy tablicę z napisami po polsku i polski cmentarz, na którym powtarzały się nazwiska kilku rodzin. W pobliżu, w gęsto zarośniętym, zamkniętym ogrodzie stoi kościół p.w. Matki Boskiej Częstochowskiej. Dowiedzieliśmy się później, że jest otwierany tylko na sobotnie nabożeństwa, kiedy przyjeżdża polski ksiądz. W wiosce jest też domek-muzeum Zofii Ryży, z rodzinnym zbiorem mebli, książek i fotografii oraz sklepik z pamiątkami.

Zapytaliśmy o kogoś, kto mówi po polsku i wskazano nam panią w restauracji, faktycznie posługującą się językiem, jakby nigdy nie wyjeżdżała z ojczyzny. Odpowiedziała na nasze pytania dotyczące wioski, ale nie wydawała się specjalnie zadowolona, może nie lubi występować w roli ciekawostki muzealnej.

Stambuł

Lot powrotny miałam następnego dnia po południu, dlatego po wymeldowaniu z hotelu pojechaliśmy do pobliskiego centrum handlowego, żeby pograć w kręgle. Kręgielnie są popularne w Turcji, w dużych miastach można je bez problemu znaleźć. W strefie food court znaleźliśmy też restaurację serwującą zestawy kokoreç i midye, więc przed wylotem udało mi się jeszcze raz zjeść ulubione dania.

Na lotnisko pojechaliśmy Mostem Fatih (Mehmeda Zdobywcy), nazywanym drugim mostem bosforskim. Podobnie jak pierwszy most bosforski, przeznaczony jest tylko dla samochodów osobowych. Autobusy i ciężarówki muszą korzystać z najnowszego, leżącego najbardziej na północ, Mostu Sułtana Selima.

Na lotnisko, leżące na niezagospodarowanym terenie, biegnie wielopasmowa droga szybkiego ruchu. Wokół i na samym lotnisku nadal trwają intensywne prace budowlane. Przed budynkiem terminala stoi, nie ukończony jeszcze, duży meczet. Sam układ terminala międzynarodowego bardzo przypomina lotnisko Atatürka, tylko hala odlotów jest większa.

Trasa, którą pokonaliśmy w ciągu 10 dni była męcząca, a plan zwiedzania bardzo ambitny. Przejechaliśmy prawie 4000 km. Najciekawsze miejsca, do których na pewno wrócimy, zobaczyliśmy na samym początku i na końcu wycieczki. To Amasya, Synopa i Amasra. Chciałabym też wrócić do Kars, może kiedyś, przy okazji wycieczki w okolice góry Ararat.

Post scriptum, czyli pan pan medical

Start samolotu do Warszawy opóźnił się o godzinę z powodu burz nad Europą. W pewnej chwili, gdy przelatywaliśmy nad Rumunią, stewardesa zapytała przez mikrofon, czy na pokładzie jest lekarz. Już wiedziałam, co to oznacza. Lekarz się znalazł, ale kilka minut później podano komunikat, że z powodu choroby pasażera, będziemy lądować w Bukareszcie. Nieprzytomną pasażerkę wyniesiono na tył samolotu i po kilkunastu minutach byliśmy na ziemi.

W czasie kołowania stewardesa powiedziała, że postój potrwa 20 minut. Jasne, pomyślałam, co najmniej godzinę, a pewnie dwie. Lekarka weszła na pokład, ale zamiast zabrać pasażerkę do karetki na badanie, zapytała, jak się czuje. A dziewczyna, która już odzyskała przytomność, stwierdziła, że już nic jej nie dolega, do szpitala nie pojedzie i chce lecieć dalej. Przyszedł kapitan i ze 20 minut trwała awantura, płacz, krzyki i tłumaczenia, bo powiedział, że jej nie zabierze. W końcu udało się ją wysadzić z całą rodziną, po czym trzeba było wypakować ich walizki. Póżniej okazało się, że jednak trzeba samolot dotankować. To zajęło następne pół godziny, bo trzeba było jeszcze czekać na asystę straży pożarnej, konieczną przy tankowaniu samolotu z pasażerami na pokładzie.

Gdy byliśmy gotowi do uruchomienia, pilot ogłosił, że będą coś resetować i że to chwilę potrwa. Po dłuższej chwili odezwał się ponownie i poinformował, że z powodu usterki technicznej zostajemy w Bukareszcie. Jednak, po kolejnych 15 minutach, gdy już czekaliśmy na podstawienie autobusów, coś pstryknęło i zaraz potem ogłoszono, że jednak lecimy.

Wylądowaliśmy w Warszawie z ponad 3-godzinnym opóźnieniem. Przez to nie zdążyłam na ostatni tego dnia lot do Krakowa i, po noclegu w hotelu na koszt Lotu, doleciałam następnego ranka.

Wiatrak w twierdzy Kastellet

Kopenhaga w 2 dni

Gościnny wpis mojej siostry Marty.

Na zwiedzenie Kopenhagi miałam właściwie 2 dni – przyleciałam w sobotę późnym popołudniem, a w poniedziałek po 17-tej wracałam. W mieście jest wiele atrakcji wartych obejrzenia, pobyt musiałam więc dobrze rozplanować, wybrać, co mnie najbardziej interesuje. Oczywiście wiele zależy od pogody, ale nawet przy tak krótkim pobycie, zobaczenie najbardziej znanych miejsc w Kopenhadze w dwa dni jest jak najbardziej możliwe. 

Nyhavn

By nie tracić czasu, postanowiłam rozejrzeć się po mieście wieczorem po przylocie. Zupełnie przypadkowo stwierdziłam, że pojadę na dworzec Nørreport i stamtąd przejdę się do Nyhavn. Jest to najbardziej znana atrakcja stolicy Danii, która przez cały czas tętni życiem. Rząd kolorowych kamienic położonych nad kanałem, o zmierzchu jest ładnie oświetlony. Pozostała część wybrzeża jest już dość ciemna i pusta. Jedynie usytuowana na drugim brzegu kopenhaskiego portu opera wygląda imponująco.

Okolice Kastellet

Główny dzień zwiedzania miałam bardzo dokładnie zaplanowany. Zaczęłam od dworca Østerport, z którego jest najbliżej do słynnej twierdzy Kastellet. Zbudowana na planie pięciokątnej gwiazdy, otoczona fosą i bastionami, jest rzeczywiście ciekawa. W środku znajdują się m.in. kościół, dawne więzienie, XIX-wieczny młyn i wojskowe baraki. Warto się tam udać na spacer, zwłaszcza, że wstęp jest bezpłatny.

Do cytadeli prowadzą dwie bramy. Północna była zamknięta, poszłam więc wybrzeżem do południowej. Po drodze natrafiłam na spory tłum turystów. Mogło to oznaczać tylko jedno – to miejsce, gdzie znajduje się kolejny z symboli miasta, posąg małej syrenki. Rzeźba jest rzeczywiście niewielka, więc po krótkim przystanku na zdjęcia, udałam się dalej. 

Wybrzeże obfituje w liczne ciekawe rzeźby. Praktycznie przed samym wejściem do Kastellet warto zwrócić uwagę na fontannę Gefion, przedstawiającą nordycką boginię orzącą ziemię z pomocą swoich synów przemienionych w woły. Kawałek dalej, przed budynkiem Państwowego Muzeum Sztuki, znajduje się spory pomnik czarnoskórej, zbuntowanej królowej („I am Queen Mary”). O rzeźbie można przeczytać tutaj. 

Od Amalienborg po Christiansborg

Idąc wzdłuż wybrzeża, doszłam do Amalienborg – oficjalnej rezydencji duńskiej rodziny królewskiej. Muzeum znajdujące się wewnątrz można zwiedzać (95DKK). By uniknąć kolejek, bilet warto kupić wcześniej przez Internet. Tłum turystów na placu przed pałacem informował o kolejnej atrakcji Kopenhagi – uroczystej zmianie warty. 

Tuż za pałacem znajduje się XVIII-wieczny Kościół Fryderyka (znany też jako Kościół Marmurowy). Jego kopułę widać z daleka, jest zresztą największą w całej Skandynawii. Warto zajrzeć na chwilę do środka (wstęp bezpłatny), by przyjrzeć się sklepieniu i organom.

Po krótkiej wizycie w kościele, udałam się do znanej mi już ulicy Nyhavn, a stamtąd ponownie wybrzeżem do kolejnego pałacu – tym razem Christiansborg, położonego na „Wyspie Zamkowej”. Jest to dawna siedziba królów Danii, w której obecnie znajduje się parlament. Zupełnie przypadkowo zauważyłam wejście na wieżę. Okazało się, że wjazd windą na taras widokowy jest bezpłatny. Rozciąga się stamtąd fantastyczny widok na okolicę i całą Kopenhagę. 

Zaczynało zbierać się na deszcz, postanowiłam więc zwiedzić pałac. Bilet do wszystkich atrakcji kosztował 160 DKK (ok. 90zł). W cenę wchodziły sale zamkowe (m.in. jadalnia czy sala tronowa), podziemia, kuchnia i stajnie. Jeśli interesuje nas tylko jedno z tych miejsc, to bilety można kupić też osobno. Poza tym wstęp do kaplicy zamkowej jest bezpłatny. 

Przed wejściem do pałacowych komnat trzeba założyć ochraniacze na buty, a torby zostawić w zamykanej szafce (bezpłatnie). Wszędzie wolno robić zdjęcia. Ciekawie zorganizowana jest wystawa w kuchni – wszystko wygląda tak, jakby za chwilę mieli tam wrócić kucharze. Słychać nawet odgłosy gotowania. W stajniach, poza pięknymi powozami, można też podziwiać wspaniałe, żywe, białe konie paradne. W niewielkim muzeum znajduje się jedna z dziwniejszych atrakcji – najstarszy na świecie wypchany koń.

Okolice Tivoli

Między pałacem a ogrodami Tivoli znajduje się Duńskie Muzeum Narodowe z podobno ciekawą wystawą na temat wikingów. Niestety, nie miałam już na nie czasu. Otwarte jest do 17-tej, wstęp kosztuje 90 DKK (50zł), a ja miałam jeszcze kilka miejsc do odwiedzenia na swojej liście, więc ruszyłam dalej.

Doszłam do wejścia do ogrodów Tivoli – parku rozrywki, niestety zamkniętego o tej porze roku. Po drugiej stronie ulicy, na placu ratuszowym, znajduje się pomnik Hansa Christiana Andersena. Przed ratuszem akurat odbywał się koncert z okazji otwarcia nowych stacji metra. Z wieży ratusza również można podziwiać panoramę miasta. Ja jednak postanowiłam przejść się ulicą Strøget – jednym z najdłuższych deptaków handlowych w Europie. Mieści się tam cała masa sklepów, restauracji i barów.

Spacerując, doszłam do okrągłej wieży – ostatniego punktu mojego programu tego dnia. Jest to najstarsze funkcjonujące obserwatorium astronomiczne w Europie. Wstęp kosztuje 25 DKK (14zł) i zdecydowanie warto się tam udać. Wieża nie jest wysoka, a wejście jest dość łatwe (szerokie i niezbyt strome), a widok na miasto imponujący. Na koniec można jeszcze zajrzeć do sali z teleskopem.

Nyboder, Rosenborg i ogród botaniczny

Drugi dzień zwiedzania również rozpoczęłam od dworca Østerport, ale tym razem udałam się w przeciwną stronę, do dzielnicy z klimatycznymi pomarańczowymi domami. To Nyboder, dzielnica szeregowców, zbudowanych w połowie XVIII w. dla żołnierzy Królewskiej Duńskiej Marynarki Wojennej. 

Idąc pomiędzy rzędami budynków, doszłam do XVII-wiecznego pałacu Rosenborg. Przy ładnej pogodzie warto udać się na spacer po otaczających go terenach zielonych. Znajduje się tam pomnik Andersena i ogród różany. Sam zamek również wygląda bardzo ciekawie. Bilet wstępu kosztuje 115 DKK (istnieje możliwość połączenia Rosenborg z Amalienborg za 160 DKK – bilet taki ważny jest przez 36 godzin). Od północnej strony z pałacem graniczy ogród botaniczny. Zajrzałam tam na chwilę. Gdyby pogoda była lepsza, może pospacerowałabym dłużej. Znajduje się tam palmiarnia, „dom motyli” i Muzeum Geologiczne.

Ukryta „atrakcja” Kopenhagi

Poszłam dalej na północ, przez most, do dzielnicy niezbyt uczęszczanej przez turystów. Kierowałam się do niezwykłego parku, mało znanej atrakcji stolicy Danii. Kiedy go wreszcie znalazłam, na początku myślałam, że jest zamknięty, później jednak znalazłam główną bramę i zobaczyłam pana jeżdżącego wewnątrz na rowerze. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest to nie tylko park, ale też… cały czas używany cmentarz. Dokładnie Cmentarz Assistens (Norrebro), na którym pochowanych jest kilku znanych Duńczyków, między innymi pisarz Hans Christian Andersen czy filozof Søren Kierkegaard.

Cmentarz sprawia wrażenie jednocześnie zadbanego i zaniedbanego. Groby są pochowane w roślinności, pomniki czasem przewrócone, a jednocześnie wypielęgnowane, a żywopłoty równo przycięte. W parku można spacerować i jeździć na rowerze, widziałam również pana, który na ławce jadł lunch.

Z odnalezieniem grobu Andersena nie miałam większych problemów. Znajduje się on praktycznie przy samej południowej bramie, a droga do niego jest dobrze oznakowana strzałkami. Jest to też jedna z nielicznych mogił, na której widziałam kwiaty.

Trudniej było znaleźć miejsce wiecznego spoczynku Kierkegaarda. Znajduje się ono na najstarszej części cmentarza i można by je przeoczyć, gdyby nie tabliczka informująca, że to rzeczywiście tutaj. Nie ma kwiatów, a płyta z nazwiskiem jest tylko oparta o pomnik. 

Z cmentarza pieszo wróciłam do Nørreport, gdzie jeszcze trochę się pokręciłam, zanim pojechałam na lotnisko.

Zwiedzając Kopenhagę w dwa dni, trzeba nastawić się na sporo chodzenia, bo centrum miasta jest duże, a miejsc do obejrzenia wiele. Kapryśna pogoda może utrudnić fotografowanie. Ale miasto warte jest odwiedzenia, zwłaszcza przez osoby zainteresowane architekturą i sztuką miejską.

Nyhavn - kanał i ulica w centrum Kopenhagi

Pomysł na City Break – Kopenhaga

Gościnny wpis mojej siostry Marty.

Stolica Danii była na mojej liście miejsc do odwiedzenia już od pewnego czasu. Kiedy więc trafiłam na dość sporą promocję w Ryanair na koniec września, wiedziałam, że muszę z niej skorzystać. Jest to doskonały pomysł na weekendowy wypad za granicę. Martwiłam się trochę o pogodę, ale nie było tak źle.

Przelot

Bilety w obie strony z Londynu (gdzie mieszkam) kupiłam za niecałe 30 funtów (ok. 145 zł). Promocje tego typu zdarzają się dość często, warto więc na nie polować. Wylot był w sobotę po południu, powrót w poniedziałek po 17tej. Z Polski do Kopenhagi można dolecieć bezpośrednio z Warszawy, Gdańska, Krakowa, Poznania, Szczecina i Wrocławia. Połączenia oferują linie Ryanair, Norwegian, LOT i SAS, a w promocji można trafić na bilety już za 19 zł w jedną stronę.

Lotnisko

Port lotniczy Kopenhaga-Kastrup położony jest stosunkowo blisko centrum, bo tylko ok. 8 km na południowy wschód. Jest on największym pod względem liczby pasażerów portem lotniczym w Europie Północnej i cały czas się rozwija. Obecnie składa się z trzech terminali, z czego jeden zarezerwowany jest do obsługi lotów krajowych. Mój samolot został postawiony na jednym z dalszych krańców terminala drugiego, gdzie widać było intensywne prace modernizacyjne.

Sam budynek jest dość duży z obszernymi halami, masą sklepów, restauracji i kawiarni. Jest też bardzo dobrze oznaczony, nie miałam więc problemów z poruszaniem się. Lotnisko posiada własną aplikację – CPH Airport, na którą trafiłam przypadkowo. Pozwala ona śledzić nasz lot i na bieżąco dostawać powiadomienia o aktualnym jego statusie. Nie trzeba np. szukać monitorów z numerami bramek – kiedy taka zostanie przypisana do naszego lotu, zostaniemy o tym automatycznie poinformowani. Na mapie będziemy mogli zobaczyć też, gdzie to jest i jak daleko my się znajdujemy. W ten sposób można też znaleźć interesujący nas sklep w strefie wolnocłowej.

Poruszanie się po mieście

Z lotniska do centrum można łatwo dostać się komunikacją miejską. Do wyboru są autobusy, pociągi lub metro. Ja zdecydowałam się na ten trzeci sposób. Wszystko jest bardzo dobrze oznaczone i bez problemu dotarłam na stację.

Na lotnisku w Kopenhadze zatrzymują się też pociągi dalekobieżne, więc bez przesiadki można dostać się stamtąd do Malmö czy Göteborga.

Bilet kupiłam kilka dni wcześniej przez Internet. Zdecydowałam się na 72-godzinny City Pass Small (na strefy 1-4) dostępny na stronie Din Offentlige Transport. Kosztował on 200 DKK (106zł) i dostałam go smsem kilka minut po zakupie. Istnieje też aplikacja (DOT Mobilbilletter), za pomocą której można taki bilet kupić i wyświetlać. Oczywiście, jeśli wolimy, bilety można kupić po przylocie, w jednym z automatów przed wejściem na stację. W Kopenhadze nie ma bramek przy wejściu do metra, zdarzają się jednak kontrole w trakcie jazdy.

Jeśli mamy zamiar zwiedzać dużo płatnych atrakcji, można pomyśleć o Copenhagen Card. Jest to opcja droższa, ale w cenie mamy wstępy do większości miejsc. Przed wyjazdem warto ściągnąć sobie aplikację Rajseplanen (odpowiednik polskiego Jakdojadę), dzięki której w łatwy sposób znajdziemy sposoby dojazdu do interesujących nas miejsc. Na lotnisku dostaniemy też darmowe plany miast.

Po centrum miasta poruszałam się pieszo. Kopenhagę można bez problemu obejść. Oczywiście, jeśli wolimy, najpopularniejszym środkiem transportu są rowery. Praktycznie na każdym kroku znajdują się wypożyczalnie lub stanowiska rowerów miejskich. Dostępne są także elektryczne hulajnogi. Ścieżki rowerowe są nawet szersze i lepsze niż chodniki.

Zakwaterowanie

Jak wszystkie kraje skandynawskie, Dania jest dość droga. Znalezienie noclegów w przystępnej cenie nastręczyło mi trochę problemów. Najtańsze hostele zaczynały się od ok. 100 zł za łóżko w pokoju 16-osobowym, pokoje w hotelu od 250 zł. Na jednej ze stron trafiłam nawet na opcję spania w namiocie. W końcu zdecydowałam się na skorzystanie z Aribnb. Za dwie noce zapłaciłam ok. 300 zł. Pokój był malutki, ale czysty i cichy. Znajdował się na obrzeżach miasta, ale do centrum miałam tylko kilka przystanków pociągiem. Moją uwagę zwróciły tam skrzynki na listy, na których napisane były imiona i nazwiska wszystkich osób mieszkających w danym domu. Często ozdobione zabawnymi rysunkami, przedstawiającymi mieszkańców.

Posiłki

W Kopenhadze bez problemu znajdziemy coś do zjedzenia na każdą kieszeń, chociaż ceny i tak będą wyższe niż w Polsce. Jeśli nie chcemy wydawać dużo, praktycznie na każdym rogu znajdują się małe knajpki z pizzą, kebabami, falafelami czy burgerami (także dość tanimi „slow-burgerami”). Jeśli wolimy zjeść w restauracji (w której będzie drożej), słynie z nich jedna z atrakcji turystycznych – ulica Nyhavn, położona przy kanale o tej samej nazwie. Za rybę z frytkami zapłaciłam tam 129 DKK (ok. 75zł).

Przechadzając się uliczkami miasta, mój wzrok przykuło bardzo ciekawe miejsce – Paludan Bogcafé, najstarsza duńska kawiarnio-księgarnia, położona naprzeciwko budynków uniwersytetu w centrum miasta. Miejsce cieszy się bardzo dużą popularnością i trudno było znaleźć wolny stolik. Oprócz kawy i ciast, serwowane są tam również ciepłe posiłki i alkohole. A ceny są nawet dość przystępne – danie dnia (kurczak w sosie z ryżem) kosztował mnie 95 DKK (55 zł).

Jedną z tradycyjnych duńskich potraw jest Smørrebrød, czyli otwarta kanapka składająca się zwykle z kromki ciemnego chleba, pokrytego przeróżnymi dodatkami. Na początku było to danie „dla biedoty”, często zabierane jako prowiant do pracy. Obecnie restauracje specjalizujące się w Smørrebrød możemy spotkać na każdym kroku. Ja dość przypadkowo trafiłam do Hallernes Smørrebrød znajdującej się w hali targowej niedaleko dworca Nørreport. Łatwo było ją zauważyć po gigantycznej kolejce chętnych i rzeczywiście pięknie prezentujących się kanapkach. Wszystkie robione były na świeżo, przy ladzie można było podpatrzeć proces produkcji, a składników nie żałowano. Ceny wahają się tam od 68 do 125 DKK (40-70 zł).

Płatności

W czasie mojego pobytu w Kopenhadze nie miałam gotówki, bo prawie wszędzie można płacić kartą. Korzystałam z darmowej wielowalutowej karty Revolut, która oferuje przewalutowania po kursie międzybankowym. Zrezygnowałam tylko z kupna ręcznie robionych magnesów na lodówkę, sprzedawanych niedaleko pomnika syrenki, bo było to jedyne miejsce bez terminala płatniczego. 

Plan zwiedzania i główne atrakcje miasta w drugiej części relacji z Kopenhagi.

Monastyr Sumela

Góry Pontyjskie

Góry Pontyjskie (tr. Kuzey Anadolu Dağları) są jednym z trzech głównych łańcuchów górskich w Turcji. Ciągną się wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego, od granicy z Gruzją aż do Morza Marmara.

Najwyższym pasmem Gór Pontyjskich są Góry Kaçkar ze szczytem Kaçkar Dağı (3937 m n.p.m.). Północne zbocza tych gór są jednymi z najwilgotniejszych miejsc w kraju, a panujące tu warunki sprzyjają uprawom herbaty. Góry Kaçkar są chętnie odwiedzane przez turystów z Turcji i coraz częściej z krajów arabskich. 

Zostawiliśmy za sobą spaloną słońcem wyżynę anatolijską i skierowaliśmy się na północ, w kierunku Gór Pontyjskich. Początkowo jechaliśmy w stronę granicy z Gruzją, później skręciliśmy na zachód, żeby dotrzeć nad Karadeniz, czyli Morze Czarne. Domyślam się, dlaczego zorganizowane wycieczki po tej części Turcji zahaczają o Gruzję. Prawdopodobnie tamta trasa bardziej nadaje się dla autokarów. My, żeby dotrzeć na wybrzeże, musieliśmy przejechać przez góry. Z czteropasmowej szosy zjechaliśmy na wąską i krętą górską drogę. Wkrótce pogoda się popsuła i wjechaliśmy w chmurę. Nie było stromo, ale mgła i zakręty bardzo spowolniły jazdę. Do tego tureccy kierowcy generalnie ignorują linie na jezdni i ścinają wszystkie łuki, więc musieliśmy dodatkowo uważać. Jak zaczęliśmy jechać w dół, pogoda się nieco poprawiła, ale szosa nadal była wąska.

Park Narodowy Karagöl-Sahara

Dalej trasa prowadziła w dużej części wzdłuż rzek, na których pobudowano tamy i stworzono wielkie sztuczne jeziora. Minęliśmy kilka miast na górskich zboczach, aż dojechaliśmy do miejscowości Borçka i stamtąd skręciliśmy w drogę wiodącą do Parku Narodowego Karagöl-Sahara. Odcinek 26 km, który mieliśmy do pokonania, początkowo wyglądał jak wcześniej przebyta trasa i wiódł doliną między porośniętymi zielonym lasem górami. Ale ostatnie kilka kilometrów to była wspinaczka pod górę, na której znacznie lepiej radziłby sobie pojazd 4×4. Minęliśmy kilka niedużych wodospadów, woda z jednego z nich płynęła nawet w poprzek drogi. Do tego sporo samochodów jadących w obie strony, deszczowa pogoda i kilkanaście stopni, zupełne przeciwieństwo tego, co mieliśmy jeszcze rano.

Wjazd na teren parku kosztował kilka lir. Zostawiliśmy samochód na leśnym parkingu i przeszliśmy kilkaset metrów nad Karagöl, jezioro Czarne. Akwen o wielkości 5 ha, głęboki na 33 m, leży na wysokości 1630 m n.p.m. Dla porównania, Morskie Oko leży 300 m niżej. Jezioro Czarne jest w rzeczywistości zielone i otoczone gęstym lasem sosnowo-świerkowym. W czystej wodzie można zobaczyć całkiem spore ryby. Mimo brzydkiej pogody nad jeziorem było dość dużo ludzi. Trochę mnie to zdziwiło, bo obszar reklamowany jako wielka atrakcja, w rzeczywistości nie był niczym spektakularnym. Ale widocznie popularne w Polsce leśne jeziora, w Turcji są czymś niespotykanym. Nie zostaliśmy tam długo, bo przed nami było jeszcze 130 km do następnego hotelu. No i chcieliśmy jak najszybciej zjechać z góry, ponieważ chmury się niebezpiecznie obniżały.

Dotarliśmy nad morze i przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy wygodną sześciopasmówką, która ciągnie się przez dużą część wybrzeża. Po jednej stronie mieliśmy wodę, po drugiej mijaliśmy kolejne miasta. Ta część kraju jest górzysta, zbocza kończą się często nad samą wodą, więc w wielu miejscach pobudowano tunele.

Dolina rzeki Fırtına

W miejscowości Ardeşen skręciliśmy w lewo, do doliny rzeki Fırtına. Przypomina ona doliny alpejskie, tylko w tureckim wydaniu. Jest wąska, jej dnem płynie rzeka, wzdłuż której biegnie szosa, a nad rzeką i na zboczach stoją domy. Jest tam bardzo zielono, ale niestety dla mnie chłodno, pochmurno i wilgotno. Nad rzeką, co kawałek, zobaczyć można reklamy spływów pontonowych i kolejek tyrolskich. Noclegi w tej okolicy są drogie, a wybór nieduży. Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, kosztował najwięcej ze wszystkich, w których spaliśmy w czasie tej wyprawy, a pod względem jakości był drugi od końca. Razem z nami nocowała wycieczka autokarowa, dla której urządzono wieczorek na tarasie, z tańcami wokół paleniska, w rytm jęków wydobywanych z kobzy. Na szczęście impreza skończyła się dość wcześnie. 

Rano pojechaliśmy obejrzeć trzy atrakcje doliny. Pierwszą był średniowieczny zamek Zilkale. Zbudowany w XIV- XV wieku, stoi na krawędzi zbocza, prawie 400 m nad lustrem rzeki. Ruiny nie są duże, można do nich wejść, ale najładniej wyglądają z drogi. 

Następną atrakcją doliny Fırtına były kamienne mosty z czasów osmańskich. Zbudowane w XVIII i XIX w., z powodu dużych przyborów wody mają charakterystyczne wysokie łuki. Z ponad 20 zachowanych, my widzieliśmy dwa. Mimo co chwilę podjeżdżających busów z turystami, udało mi się uchwycić moment, kiedy na moście nikogo nie było.

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy w dolinie, był wodospad Palovit. Dojechaliśmy do niego drogą znowu przeznaczoną raczej dla 4×4, na dodatek co chwilę wyprzedzani przez turystyczne minibusy. Wiem, że ich kierowcy jeżdżą tamtędy kilka razy dziennie codziennie, ale wystarczy drobny błąd i ich wariacka jazda w każdej chwili może skończyć się upadkiem z urwiska. Położony w lesie wodospad, wysoki na 15 m, jest ładny, ale Girlevik koło Erzincan podobał mi się bardziej, bo był kaskadowy i nie tak oblężony przez turystów.

Rize

Z doliny Fırtına wróciliśmy na wybrzeże, bo kolejnym punktem naszej wyprawy było Rize, miasto słynące z uprawy herbaty. Powstało na wąskim skrawku płaskiego terenu nad niewielką zatoką. Później rozbudowało się na stromych zboczach okalających centrum, przez co poruszanie się po mieście przypomina jazdę po San Francisco. To region, w którym pada najwięcej deszczu w całej Turcji i jedyny, gdzie opady są przez cały rok. Herbatę zaczęto tu uprawiać w latach 40-tych XX w., a najbardziej znanym producentem jest Çaykur. Oprócz herbaty, w Rize uprawia się też kiwi.

Zaczęliśmy od wizyty w Çay bahçesi, czyli ogrodzie herbacianym. Wybraliśmy najbardziej znaną herbaciarnię, prowadzoną przez Çaykur, będącą jednocześnie ogrodem botanicznym. Mieści się na szczycie wzgórza, na które musieliśmy wjechać po bardzo stromych uliczkach. Zgodnie z nazwą, jest to ogród, więc stoliki ustawione są na wolnym powietrzu. Serwowana herbata była bardzo tania, 1,5 liry za szklaneczkę. W płynącym przez ogród sztucznym kanale pływały złote rybki, a ze wzgórza rozciągał się wspaniały widok na leżące w dole miasto, morze i okoliczne zbocza.

Na drugim wzgórzu zobaczyliśmy zamek, więc postanowiliśmy go odwiedzić. Najstarsza część zamku pochodzi prawdopodobnie z VI w. Również tutaj na murach działa herbaciarnia z panoramicznym widokiem na miasto.

Rize jest bastionem urzędującego prezydenta Erdoğana. Wyjeżdżając z miasta, zatrzymaliśmy się na moment przy głównym placu, gdzie zobaczyliśmy jego wielkie portrety. Minęliśmy też miejski uniwersytet, który nosi jego imię. Zresztą w Turcji już kilkukrotnie widziałam ulice i stadiony nazywane imieniem obecnego prezydenta. 

Üzüngöl

Po wizycie w Rize, znów pojechaliśmy w głąb lądu, nad Üzüngöl, czyli Jezioro Długie. Leżący 70 km od Rize akwen został utworzony przez osuwisko ziemi. Naturalna tama zmieniła strumień w długie na kilometr jezioro, które stało się popularnym miejscem wycieczek.

Niestety, przekonaliśmy się, że napływ turystów i komercjalizacja zniszczyły ten cud przyrody. Do Üzüngöl prowadzi tylko jedna droga. GPS pokazał nam ogromny korek przed wjazdem do leżącej nad jeziorem miejscowości. I faktycznie, dojazd był kompletnie zablokowany przez sznur samochodów próbujących się dostać w pobliże jeziora, gdzie oczywiście nie było wolnych miejsc do zaparkowania. Na szerszym fragmencie drogi wszyscy próbowali się przecisnąć do przodu i wyprzedzać na trzeciego, czwartego… aż  zablokowali całą szerokość, uniemożliwiając przejazd samochodom wyjeżdżającym z miejscowości. Widząc, co się dzieje, zjechaliśmy w boczną drogę, przy której było mnóstwo miejsca żeby zostawić auto, i ostatnie kilkaset metrów do jeziora pokonaliśmy pieszo. 

Zainteresowanie turystów tym terenem przyciągnęło inwestorów otwierających hotele, restauracje i sklepy z pamiątkami. Ponadto wokół jeziora zbudowano betonowy wał, w celu ochrony biegnącej obok drogi przed zalaniem. Dlatego zamiast spodziewanej alpejskiej wioski nad brzegiem jeziora, trafiliśmy na Krupówki w szczycie sezonu. Na dodatek duża część przybywających tu turystów to Saudyjczycy. Widzieliśmy mnóstwo kobiet z zasłoniętymi twarzami, a napisy na sklepach były po angielsku i arabsku. Nie zabawiliśmy tam długo, tym bardziej, że niskie chmury i deszcz uniemożliwiały robienie zdjęć. 

Trabzon

Z nadzieją na lepszą pogodę, pojechaliśmy do Trabzonu, w którym znajduje się największy turecki port nad Morzem Czarnym. Podobnie jak inne miasta, które odwiedziliśmy, ma długą historię, sięgającą VIII w. p.n.e. Leżał na Jedwabnym Szlaku, łączącym przez wieki Wchód z Zachodem i to tu urodził się sułtan Sulejman Wspaniały. 

Jadąc wzdłuż morza minęliśmy lotnisko, którego pas startowy zbudowano na skrawku lądu nad samą wodą. To tu w styczniu 2018 samolot linii Pegasus wypadł z pasa i zsunął się po klifie. Szczęśliwie ugrzązł w miękkim gruncie i nie wpadł do morza. Nie było ofiar, a prawdopodobną przyczyną wypadku była awaria silnika. 

Najważniejszym zabytkiem Trabzonu jest bizantyjski kościół Aya Sofya. Stoi on na zielonym pagórku poza centrum miasta. Został zbudowany w XIII w. jako grecki kościół ortodoksyjny, a trzy wieki później przekształcony na meczet. Obecnie pełni funkcję muzeum. Jest częściowo w renowacji i wnętrze było zamknięte, ale i tak w dostępnym fragmencie budowli mogliśmy obejrzeć kolorowe freski przedstawiające sceny z Biblii.

W lokalnym barze nieopodal kościoła zjedliśmy pide, które nietypowo było okrągłe, a nie w kształcie łódki. Miejsce zachwalane w serwisie Tripadvisor nie miało wydrukowanego menu i na koniec posiłek okazał się być droższy niż zakładaliśmy. Ponieważ to był już któryś raz, kiedy recenzje nas zwiodły, ułożyliśmy własny kodeks: nie jadamy w miejscach, które są puste, nie mają menu i zawsze wcześniej pytamy, czy można płacić kartą.

Po obiedzie pojechaliśmy do Atatürk Köşkü, białej willi zbudowanej na przełomie XIX i XX w., w której Mustafa Kemal zatrzymywał się podczas swoich wizyt w mieście. Położona na szczycie wzgórza i otoczona ładnym ogrodem willa służy obecnie za muzeum pamięci prezydenta. Było tuż przed zamknięciem, obeszliśmy więc tylko budynek z zewnątrz.

Odwiedziliśmy jeszcze Boztepe, wzgórze z ogrodem herbacianym na szczycie i wspaniałą panoramą miasta. Ale miejsce było bardzo zatłoczone, podobnie jak centrum Trabzonu, pojechaliśmy więc do hotelu. Znowu mieszkaliśmy w stylowo urządzonym konaku, na wzgórzu z widokiem na miasto i morze, z przyjemną restauracją na wolnym powietrzu, w której spędziliśmy wieczór. 

Monastyr Sumela

Rano ruszyliśmy do jednego z najbardziej znanych miejsc w tym rejonie Turcji, monastyru Sumela. Przyklejony do skały, XIV-wieczny grecki klasztor męski, znajduje się w dolinie Altındere, 50 km od Trabzonu. Zbudowano go 270 m nad doliną, na wysokości 1300 m n.p.m. Pierwszy mały kościół postawiono w tym miejscu już w IV w., a później rozbudowano go do monastyru z 72 celami. Po proklamowaniu Republiki Tureckiej w 1923 r. został opuszczony przez mnichów i z czasem uległ dewastacji. Obecnie przechodzi prace rekonstrukcyjne, mimo których przyciąga rzesze turystów.

 

Na teren Parku Narodowego Altındere dojechaliśmy dość wcześnie, dzięki czemu udało nam się znaleźć jeszcze miejsce na niewielkim parkingu. Bilet do parku i klasztoru kosztuje 10 lir. Przy parkingu zbudowano małe centrum turystyczne z restauracją i sklepikami. Na schodach, prowadzących na zalesione wzgórze, zgromadził się już tłum turystów fotografujących spływający ze wzgórza wodospad i widoczny w oddali po drugiej stronie doliny klasztor. Żeby się do niego dostać, trzeba pokonać 3 kilometry pod górę błotnistą, bo przebudowywaną drogą, albo wsiąść w jeden z kursujących co chwilę po tej drodze minibusów. Cena przejazdu w dwie strony wynosiła tylko 5 lir, więc bez zastanowienia skorzystaliśmy z tej opcji.

Po krótkiej jeździe wysiedliśmy na kolejnym małym parkingu, skąd musieliśmy wspiąć się jeszcze kilkaset metrów biegnącą wśród drzew ścieżką. W końcu dotarliśmy na niewielki brukowany placyk. Przed nami do skał przylegały łuki akweduktu, dostarczającego kiedyś wodę do budynków. Z jednej strony mieliśmy kilka tarasów z widokiem na dolinę, z drugiej wysokie schodki prowadzące do wejścia do kompleksu. Ani ze ścieżki, ani z placyku nie widać było budynków monastyru.

 

Wcześniej przeczytałam, że po kilkuletnich pracach renowacyjnych, monastyr częściowo otwarto dla turystów. Jak się okazało, „częściowo” to zdecydowanie zbyt dużo powiedziane. Po stromych schodkach, przez niewielkie drzwi w skale, weszliśmy do krótkiego, ciemnego korytarza, z którego wyszliśmy na zadaszony taras z widokiem na wewnętrzny dziedziniec, zastawiony rusztowaniami. Mogliśmy zobaczyć niewielkie budynki, z których jeden miał ściany pokryte freskami. I to wszystko. Ani dziedziniec, ani jaskinia, w której znajdował się kościół, ani główny budynek, w którym mieszkali mnisi, nie są dostępne dla zwiedzających.

Zawiedzeni, wróciliśmy na dół minibusem. Zamiast tłoczyć się z innymi, żeby zrobić zdjęcie klasztoru, podeszliśmy dwieście metrów drogą dla minibusów, skąd był znacznie lepszy widok. Gdy wyjeżdżaliśmy z parku, parking i prowadząca do niego droga były już szczelnie zastawione samochodami. 

Hamsiköy

Zamiast wrócić do Trabzonu, skierowaliśmy się jeszcze trochę na południe, do Hamsiköy. Ta wioska, położona na zboczu nad szeroką doliną, słynie ze swojej kuchni. Jest też popularna z powodu położenia blisko centrum narciarskiego Zigana. Zatrzymaliśmy się tam, żeby spróbować deseru sütlaç, o którym wspomniałam w przewodniku po kuchni tureckiej, a potem ruszyliśmy na zachód, przez góry. Przez ostatnie dni towarzyszyła nam deszczowa pogoda, która teraz zmieniała się jak w kalejdoskopie, jak tylko przejeżdżaliśmy przez liczne na tej drodze tunele. W końcu znowu dotarliśmy na wybrzeże Morza Czarnego, wzdłuż którego miał prowadzić ostatni etap naszej wyprawy.

Ruiny miasta Ani

Od Tokatu do granicy z Armenią

Tokat

Godzinę po wyjeździe z Amasyi dotarliśmy do Tokatu. To typowe tureckie miasto, z częściowo osmańską zabudową w centrum i twierdzą zlokalizowaną gdzieś na wzniesieniu. Podobnie jak Amasya, było zamieszkane już przez Hetytów i przechodziło z rąk do rąk kolejnych najeźdźców. Zaczęliśmy od południowego krańca najstarszej części miasta, gdzie stoi XIX-wieczna wieża zegarowa z cyferblatem z indyjsko-arabskimi cyframi. Przeszliśmy główną ulicą z kilkoma starymi meczetami i XVI-wiecznym hamamem. Dotarliśmy do Gök Medrese, budynku z XIII wieku, który pełnił funkcję szpitala, a obecnie stanowi muzeum. Obok niego znajduje się najciekawsze miejsce w Tokat, czyli Taş Han. Budynek z XVII wieku służył za karawanseraj, czyli miejsce postoju dla podróżnych. Obecnie wydaje się być centralnym miejscem dla mieszkańców miasta. Na dziedzińcu mieszczą się kawiarnie, a w arkadach budynku stragany, głównie z tkaninami. Tokat jest znany z wzorzystych chust i szali oraz obrusów z naturalnych tkanin, często ręcznie malowanych.

Było jeszcze za wcześnie, żeby spróbować Tokat kebabı, plastrów mięsa jagnięcego, bakłażanów, ziemniaków, zielonej papryki i pomidorów, zapiekanych z dodatkiem czosnku. Wypiliśmy więc turecką kawę i ruszyliśmy dalej.

Sivas

Z Tokat pojechaliśmy do Sivas. Anatolia jest wyżyną i przemieszczając się na wschód, wjeżdżaliśmy coraz wyżej ponad poziom morza. Sivas leży 1275 m n.p.m. i daje się tu odczuć niższe ciśnienie, które wynosi około 850 hPa (w Polsce średnio ok. 1000 hPa). Jego historia sięga dwóch tysięcy lat, kiedy w czasach rzymskich powstało w tym miejscu miasto Megalopolis, które zmieniło później nazwę na greckie Sebasteia i tureckie Sivas. Jednak miasto kojarzone jest z historią najnowszą. Tu miał miejsce Kongres Sivas, zwołany przez Mustafę Kemala Atatürka we wrześniu 1919 r. Kongres był punktem zwrotnym w formowaniu Republiki Tureckiej. Podjęto na nim szereg znaczących decyzji dla tureckiej wojny o niepodległość.

Centralnym punktem miasta jest Cumhuriyet Meydanı, czyli plac Republiki. To popularne miejsce spotkań mieszkańców miasta. Stoi tu meczet zbudowany w XVI w. oraz trzy XIII-wieczne medresy. W dwóch z nich mieszczą się obecnie herbaciarnie. Z trzeciego budynku pozostały tylko dwa minarety i główny portal. 

Po drugiej stronie placu znajduje się Muzeum Kongresu Atatürka, przedstawiające historię wojny o niepodległość (niestety tylko po turecku) oraz sale kongresowe i sypialnię tego największego bohatera Turcji.

Kilka ulic dalej stoi Ulu Camii (Wielki Meczet) z końca XII wieku, najstarszy ważny budynek miasta. W jego niskim wnętrzu sufit podtrzymuje 50 kolumn. Do budynku przylega, dobudowany nieco później, pochylony minaret. 

Trzeba przejść jeszcze kawałek, żeby zobaczyć Gök Medrese, podobno imponujący XIII-wieczny budynek szkoły islamskiej, którego ściany wyłożone były błękitnymi kafelkami. Niestety medresa była całkowicie zasłonięta z powodu remontu. 

W Sivas zjedliśmy köfte, podobno najlepsze w kraju kotleciki z mięsa mielonego. Odwiedziliśmy też duży sklep z przyprawami i orzechami. W Turcji bardzo popularna jest sprzedaż tych towarów na wagę, zarówno na bazarach, jak i w wyspecjalizowanych sklepach. Zaskakuje ich ogromna różnorodność i z reguły niskie ceny.

Erzincan

Do Erzincan zostało nam jeszcze 240 km i dojechaliśmy tam już po zmroku. Dlatego rano zaskoczył mnie widok ośnieżonych szczytów. Miasto leży na płaskim terenie, ale otoczone jest wysokimi górami. Wielokrotnie ucierpiało podczas trzęsień ziemi i nie ma w nim nic wartego obejrzenia. Mimo to pojechaliśmy do centrum, gdzie pod głównym placem znajduje się bazar z wyrobami z miedzi. W niedzielny poranek działało tylko kilka sklepów, ale i tak wybór artykułów gospodarstwa domowego z metalu był ogromny. Skusiłam się na metalowy serwis do kawy w stylu osmańskim, mając nadzieję, że mimo restrykcyjnego limitu bagażu podręcznego, uda mi się go jakoś przywieźć do Polski.

Wodospad Girlevik

Zapytaliśmy sprzedawczynię, co jeszcze możemy zobaczyć w Erzincan, a ona poleciła nam wodospad pod miastem. Ponieważ znajdował się prawie na naszej trasie, postanowiliśmy go odwiedzić. Na wąskiej drodze biegnącej przez pola i wioski, trafiliśmy na wóz opancerzony i kontrolę wojskową. Było to trochę dziwne, bo w pobliżu nie było granicy ani widocznych obiektów o znaczeniu militarnym. Żołnierz zapytał nas, dokąd jedziemy i przepuścił. Na końcu kilkunastokilometrowej drogi znaleźliśmy duży parking i po kilku minutach spaceru dotarliśmy nad wodospad Girlevik. Woda, pochodząca ze stawów powyżej, spływa tu kaskadami z 30-40 metrów. Wodospad jest popularnym miejscem pikników, na szczęście z powodu wczesnej pory było jeszcze spokojnie. Uważany jest za jeden z najładniejszych wodospadów w Turcji i faktycznie warto było zboczyć z głównej drogi, żeby go zobaczyć. 

Erzurum

Po trzech godzinach dotarliśmy do Erzurum, zimowej stolicy Turcji. Nie przypomina ono jednak wcale Zakopanego. Leży na wyżynie, a dookoła nie widać nawet gór. Z powodu wysokości 1850 m n.p.m, ciśnienie wynosi tam około 800 hPa. Mieszkańcy mają opinię konserwatywnych, większość kobiet nosi chusty na głowach. Jednak mimo, że z powodu upału miałam na sobie szorty, nikt nie zwrócił mi uwagi, czy nie spojrzał nieprzychylnie. 

Erzurum powstało jeszcze przed naszą erą i w starożytności należało do królestwa Armenii. Tu w 1919 r. również odbył się Kongres niepodległościowy z udziałem Mustafy Kemala Atatürka. 

Zatrzymaliśmy się w najstarszej części miasta, pod zamkiem z V w. Atrakcją zamku jest wieża, na którą się wspięliśmy, żeby zobaczyć okolicę (bilet kosztuje 7 lir). Widać stamtąd skocznie narciarskie, dowód na to, że miasto jest centrum sportów zimowych. 

Naprzeciwko zamku stoi XII-wieczny Wielki Meczet. Prosty w formie budynek kryje wewnątrz las kolumn. Obok, nieco z tyłu, uwagę przykuwa znacznie bardziej zdobiona i kilkadziesiąt lat starsza szkoła teologiczna z dwoma minaretami. To symbol miasta, czyli Çifte Minareli Medrese. Wewnątrz budynku znajduje się odkryty dziedziniec, otoczony arkadami. Na obu piętrach budynku mieściły się sale dla uczniów i nauczycieli. W głównej nawie obejrzeć można grób fundatorki medresy, córki seldżuckiego sułtana. Przez lata niespokojnej historii miasta, minarety budynku straciły swoje zakończenia.

Kawałek za medresą i meczetem, na niewielkim wzgórzu stoją trzy grobowce, datowane na XII i XIV wiek. W przeszłości ten teren prawdopodobnie leżał poza murami miasta. 

W Erzurum spróbowaliśmy lokalnej specjalności, çağ kebabı. Małe kawałki jagnięciny pieczone na szpadce, nie przypadły mi do gustu. Kebap podany bez dodatków, tylko z chlebem, był stosunkowo drogi (10 lir za szpadkę).

Przed wyjazdem z Erzurum wróciliśmy jeszcze na moment do nowego centrum. Jak w prawie każdym tureckim mieście, i tu znajduje się miejsce, gdzie można sobie zrobić zdjęcie z nazwą miejscowości. 

Droga na wschód

Za miastem zrobiliśmy sobie chwilę przerwy na parkingu, gdzie zatrzymało się kilka tirów. Od jednego z kierowców pożyczyliśmy nóż, którym pokroiliśmy naszego melona. Na takich przydrożnych parkingach często stoją studnie-krany z wodą pitną oraz bary z kilkoma plastikowymi krzesłami i piecykiem na drewno, na którym właściciel gotuje turecką herbatę. Po drodze widzieliśmy kilka bocianich gniazd.

Zatrzymaliśmy się jeszcze przy kamiennym moście Çobandede, zbudowanym prawdopodobnie w XIII w.

Kars

Późnym popołudniem dotarliśmy do Kars. Tym razem zatrzymaliśmy się w odremontowanym pałacu. Z zewnątrz budynek się niczym nie wyróżniał, ale w środku odtworzono bogato zdobione wyposażenie. Jadąc wąską, zastawioną samochodami i prowadzącą przez jakieś targowisko drogą, zaczęliśmy się zastanawiać, czy to był dobry wybór. Ale ostatecznie okazało się, że nocujemy pod wzgórzem zamkowym, kilka minut pieszo od najstarszej części miasta. Przy hotelu płynął strumień, a na otaczających dolinę wzgórzach pasły się owce.

Kars było w starożytności fortecą Armenii, a na przełomie XIX i XX w. należało do Rosji. To Rosjanom centrum miasta zawdzięcza układ ulic na planie siatki. Nad miastem góruje zamek, zbudowany w XII w., później zburzony i kilkukrotnie przebudowywany. Zamek był miejscem zaciętych walk w czasie i po I wojnie światowej. Obok zamku znajdują się najstarsze budowle miasta: kościół Apostołów, ruiny Wielkiego Meczetu i XV-wieczny kamienny most, zniszczony przez trzęsienie ziemi i odbudowany w XVIII w.

Po krótkiej wspinaczce pod zamek i obejściu starówki, odwiedziliśmy sklepy z serami i miodami, z których słynie Kars. Niestety zakup kilkuletnich żółtych serów w sytuacji, gdy mieliśmy przed sobą jeszcze tydzień podróży samochodem, nie miał sensu. Poza tym przywożenie nabiału spoza Unii jest niedozwolone. A miody nie mieściły się w limicie płynów dla bagażu podręcznego.

Ani

Rano pojechaliśmy jeszcze dalej na wschód, pod samą granicę z Armenią. Naszym celem były ruiny Ani. Nazwa miasta pochodzi od czczonej tu bogini Anahid, perskiej odpowiedniczki Afrodyty. Pierwsze wzmianki o Ani, jako fortecy na wzgórzu, pochodzą z V w. Miasto zostało w X w. stolicą Armenii, a później przechodziło z rąk do rąk, aż w 1319 r. zniszczyło je silne trzęsienie ziemi. W okresie świetności zamieszkiwało je prawie 100 tysięcy osób, było nazywane miastem 40 bram, 1001 kościołów i rywalizowało z Konstantynopolem. Obecnie odbudowano część murów, a na wielkim, pofałdowanym i porośniętym trawami terenie, porozrzucanych jest kilka kamiennych budynków. Są to głównie kościoły, we wnętrzach których zachowały się nawet freski. Ostał się też XI-wieczny meczet, ruiny zamku i pozostałości innych budowli. 

Teren miasta kończy się wąwozem, w dole którego płynie rzeka. To naturalna granica z Armenią, o czym przypomina też miejscami płot i wieżyczki strażnicze. Byliśmy tam przed południem i teren był niemal pusty, turystów można było policzyć na palcach. Gdy wchodziliśmy przez główną bramę, strażnik akurat wyprowadzał z terenu muzeum stado kóz, podobno bezpańskich. Miasto wpisane jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a bilet wstępu kosztuje 12 lir. 

Zwiedzanie Ani zajęło nam ponad godzinę i zaczęło się już robić gorąco. Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy na północ, przez góry, nad Morze Czarne.